wtorek, 14 kwietnia 2026

Opowiadanie "Eliasz Aronski" ze zbioru "Odczytanie"

 

Rafał Harer

Eliasz Aronski

(opowiadanie ze zbioru odczytanie; inspiracją był stary testament, księga liczb, Izrael w Peor; lb 25; tu można sobie porównać opowiadanie z inspiracją: https://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=164; a tu można znaleźć cały zbiór: https://www.empik.com/szukaj/produkt?author=harer+rafa%C5%82; w opowiadaniu można odnaleźć pozabiblijne odniesienia do wydarzeń z całkiem niedawnej przeszłości; z różnych podwórek (nawet z naszego własnego); wykrywanie ich, może być niezłą lecz smutną zabawą; podobna zabawa może wiązać się z nazwiskami (jedno jest banalne) czy nazwami własnymi).



Wiedziałem, że to będzie trudne śledztwo. Bagniste i mdłe. Są ofiary, będą winni, ale nie będzie kogo skazać.

Samochód terenowy brnął z prędkością piechura błotnistymi koleinami wąskiej drogi wśród wzgórz porośniętych gęstymi krzakami lub wyspami wysokiego, starego lasu, którego kontury rozmywały się w ścianie deszczu. Kierowca prowadził skoncentrowany i milczący. Powinniśmy dotrzeć przed zmrokiem. Siedziałem na fotelu pasażera i wpatrywałem się w zabłocone okno, nie mogąc się zmusić do przejrzenia notatek, które trzymałem na kolanach, ani do obejrzenia zdjęć leżących na tylnym siedzeniu. Fotografie, ponad setkę odbitek w formacie A4, starannie ułożono w schludnym albumie z kwietną okładką, bardziej odpowiednią do zdjęć ślubnych. Obok nich z każdym wybojem grzechotały wrzucone do plastikowej torby kasety, przypominając, że powinienem jeszcze raz odsłuchać te kilkadziesiąt godzin audycji i zeznań, bo może ja lub ktoś inny coś istotnego przeoczyliśmy.

Audycje radiowe. Może to od nich się zaczęło. Wygłaszane, nagrywane na kasety w kolejnych, coraz gorszych kopiach i krążące po setkach, tysiącach domów. Odtwarzane wciąż od nowa i jeszcze raz, tak długo, aż słabej jakości taśma mogła zaoferować jedynie piski, trzaski i szumy. Wśród nich dało się wyłowić tylko pojedyncze słowa w języku, który wyrastał z zakamarków mojej pamięci, którego nie używałem od dziesięcioleci, a który dawniej znałem doskonale, prawie tak dobrze jak język moich rodziców.

W ostatnich promieniach szybko zachodzącego słońca, minąwszy terasy pól zastępujące resztki lasu i gęste zarośla, zjechaliśmy w dolinę. Przycupnięte przy drodze chaty, odprowadzający nas wzrokiem ludzie i kręcące się przy drodze zwierzęta dopełniały obrazu kończącego się dnia. Droga była trochę lepsza: rozłażący się w błocie tłuczeń pozwalał na szybszą jazdę. Niekończąca się przydrożna wieś płynnie przeszła w miasto, tak płynnie, że niemożliwe było ustalenie, gdzie zaczynało się jedno, a kończyło drugie. Jednak po chwili dziurawy asfalt i dwu-, trzypiętrowe budynki oraz latarnie, z których część nie świeciła, a część dawała światło tak słabe, że ledwo przesączało się przez zawieszony w powietrzu deszcz, świadczyły o tym, że dotarliśmy na miejsce.

Nie było to miasto z plakatów. Raptem zapomniane regionalne centrum z nieokreśloną liczbą mieszkańców, kilkoma magazynami, paroma sklepami, barami, jadłodajniami, ulicznymi sprzedawcami wszystkiego, ogromnym targiem i przystankiem, z którego odjeżdżały niewielkie, zdezelowane autobusy. Odjeżdżały nieregularnie, raz dziennie albo raz na tydzień, albo nie odjeżdżały przez miesiąc, gdy z powodu deszczu drogi dało się pokonać tylko starymi, odpornymi na wszystko terenówkami albo wojskowymi ciężarówkami, które dogorywały w cywilu, transportując towary do tego i jemu podobnych miejsc oraz z powrotem, czasami zabierając zdesperowanych pasażerów.

Zatrzymaliśmy się w jednym z trzech hoteli tego miasta. Mieliśmy do wyboru Holiday, Palmas i Paryż, ale tylko Paryż przy odrobinie wyobraźni mógł uchodzić za hotel. Pokój był zapuszczony, ściany się lepiły, ale pościel była czysta, w łazience płynęła woda, a generator zapewniał prąd wtedy, gdy padała miejska sieć. Przypadkowe meble sprawiały wrażenie zebranych ze śmietnika jakiegoś ekskluzywnego pensjonatu z wybrzeża innego kraju i nieudolnie naprawionych. Duszne powietrze rozwiewał wolno obracający się wentylator, którego nie mogłem ani wyłączyć, ani przyśpieszyć. Na dole znajdował się podobnego standardu bar obsługiwany przez ubranego w śnieżnobiałą koszulę, czarną muszkę, rozciągnięte dżinsy i rozpadające się klapki, na oko czterdziestoletniego mężczyznę, który sprawiał wrażenie, jakby nic nie mogło go zadziwić. Mogłem domniemywać, że z taką samą mieszaniną entuzjazmu, znudzenia, zobojętnienia i profesjonalizmu obsłużyłby mnie, Dalajlamę, królową brytyjską i stado spragnionych kosmitów. Nie był barmanem z przypadku – był profesjonalistą, to się widziało w każdym jego ruchu, zręczności palców i czystości szkła nielicującej z brudem stolików.

Oferująca kilka prostych dań kuchnia była czynna. Zjadłem późny, całkiem smaczny obiad. Wypiłem drinka, a później następnego i wróciłem do pokoju z nadzieją, że uda mi się zmusić do pracy.

Otworzyłem album. Pierwsze zdjęcie, które już znałem, które już kilkukrotnie oglądałem, nastroiło mnie bardziej do ponownego zejścia do baru niż do pracy. Zeschnięta, spękana ziemia, suchy krzak, plama brunatnej krwi, on zadźgany, ona z wciąż tkwiącą w niej włócznią, której grot wszedł pochwą i wyszedł pomiędzy obojczykiem a łopatką. Ona naga, on w strzępach ubrania. Ona: Kozbi Sur, dwadzieścia jeden lat, on: Zimri Salski. Urodziła się i mieszkała w Abatu, dużej wsi, w której byli pierwszymi, ale nie ostatnimi ofiarami rzezi. Sprawcy zamordowali mężczyzn spośród swoich i kobiety ze wsi.

Podejrzanym o morderstwo Kozbi Sur i Zimriego Salskiego był Eliasz Aronski, pseudonim Pinczas. To z jego powodu znalazłem się w tym mieście. Miejscowa policja go aresztowała, gdyż posługiwał się fałszywymi dokumentami. Nie pasował tutaj i komuś na komisariacie przyszło do głowy, żeby sprawdzić międzynarodowe listy ściganych przestępców. I tak poszukiwany od kilku lat zbrodniarz odnalazł się parę tysięcy kilometrów od miejsca, w którym zaczął się ten szalony, naznaczony krwią rajd. Moim zadaniem było go przesłuchać, a następnie sporządzić i przedstawić mu wstępny akt oskarżenia w imieniu Międzynarodowego Sądu Kryminalnego.

Rajd” to nie jest najlepsze słowo. Trwało to kilkanaście lat i nikogo w wielkim świecie nie obchodziło. Nikt nie chciał reagować, interweniować, położyć kresu tej systematycznej masakrze. Teraz było już za późno. Pojedyncze osoby, takie jak Pinczas, pojawiały się bardziej przypadkiem niż w wyniku spójnego śledztwa i międzynarodowego zaangażowania. Ci najwięksi, ci, których słuchano, ci, którzy poprowadzili swój lud, już nie staną przed sądem. Nikt też się nie kwapił, żeby zaatakować Państwo Daisz lub – jak niektórzy je nazywali – Państwo Odkupienia.

Główni sprawcy: Tutmos Mojski i Aron Amramski, nie żyli. Twierdzili, że są braćmi. Wiele wskazywało na to, że siostra Amramskiego ukartowała to braterstwo. Ona też nie żyła.

Śmierć Georges’a T. Rydzboggiu nigdy nie została potwierdzona. Rydzboggiu, człowiek bez twarzy, człowiek-głos, człowiek, którego radiowe audycje rozpaliły ogień, zmiotły setki tysięcy istnień i spaliły dziesiątki wsi oraz miast, najprawdopodobniej uniknie procesu. Tliła się jednak we mnie nadzieja, że gdzieś, kiedyś może ja, może ktoś inny dopadniemy go i postawimy przed sądem. Jeżeli jeszcze żyje.

Wyciągnąłem kasetę. Opis: „«Walczmy razem». Przemówienie Georges’a T. Rydzboggiu w Wolnym Radiu Najświętszego Wyzwolenia”. Data nieczytelna. Półgodzinna tyrada o wyższości jednych i niższości drugich, o sprawiedliwym zabijaniu i czystości krwi. Obejrzałem kasetę z każdej strony, jakby ten kawałek plastiku miał mnie do czegoś natchnąć. Znałem jej treść. Słuchałem i czytałem transkrypcję. Ale w tym nagraniu nie mogłem znaleźć nic mogącego mnie doprowadzić do odpowiedzi na pytanie: co tu robił Pinczas? Co sprowadziło go tysiące kilometrów od bezpiecznego schronienia w Rakka? Po co ten rzeźnik Hoszem Nunski go tu wysłał? Nie mogłem się skoncentrować na Pinczasie. Nie był jednym z tysięcy – był ważną postacią, ale postawienie go przed sądem nie stanowiłoby aktu sprawiedliwości, tylko akt oczyszczenia dla tych, którzy milczeli, którzy zaniechali, którzy pozwolili, żeby to się wydarzyło. Żeby wyjść poza śmierć tych dwojga, musiałem się dowiedzieć, co tu robił Eliasz Aronski, dlaczego ryzykował i dlaczego wysłano właśnie jego, a nie kogoś, na kim nie ciążyły tak jednoznaczne zarzuty. Trzymając w ręku kasetę, kontemplowałem własną naiwność, świadomość własnej naiwności. Skazanie Pinczasa wszystkim będzie na rękę. Tylko garstka – ja i kilkoro do mnie podobnych – chciała czegoś więcej niż medialnej pokazówki dla obmycia sumień.

Zszedłem do pustego baru. Doskonale obojętny barman siedział na wysokim stołku, sączył piwo i wsłuchiwał się w cichy jazz. Poprosiłem o piwo i też wsłuchałem się w ledwie słyszalne dźwięki.

Pan jest tu z powodu tego zbrodniarza? – zapytał, wyrywając mnie z kontemplacji jazzowego tria.

Jakiego zbrodniarza? – odpowiedziałem odruchowo.

Tego, którego zgarnęli w tym hotelu kilka dni temu.

Dlaczego tak sądzisz? – wyrwało mi się pytanie wprost z podręcznika dla miłośników rozmów bez znaczenia.

Nie widzę innego powodu, dla którego mógłbyś się tu pojawić.

Może jestem tu z tego powodu, co wszyscy.

Jacy wszyscy? – Rozejrzał się teatralnie. – Poza tym widziałem twój paszport i emblemat na samochodzie.

Nawet jeśli jestem z jego powodu, to co?

To życzę powodzenia.

Milczałem. Nie miałem ochoty ani na opowiadanie o zbrodniach, ani na wysłuchiwanie barowych mądrości, do czego zazwyczaj prowadzą takie niewinne początki.

Bez ironii – dodał.

Nie chciałem być niemiły. W Paryżu miałem spędzić kilka dni, a zrażenie do siebie barmana mogło źle wpłynąć na jego profesjonalizm. Ale zupełnie nie wiedziałem, co powiedzieć, żeby z jednej strony nie kontynuować tej rozmowy, a z drugiej żebym nie wyszedł na zadzierającego nosa, niesympatycznego, znudzonego przedstawiciela nikomu niepotrzebnej międzynarodowej sprawiedliwości.

Przyjechałem go przesłuchać – wydusiłem z siebie w końcu.

To Eliasz Aronski? – Bardziej stwierdził, niż spytał.

Zaskoczył mnie. Nie było to tajemnicą. Sprawa Kozbi Sur i Zimriego Salskiego była znana, przynajmniej kilka lat wcześniej. Te kilka lat to jednak kawał czasu. O Mojskim, Amramskim i Rydzboggiu wciąż pamiętano, ich nazwiska symbolicznie funkcjonowały w społecznej świadomości, pewnie nawet w takich miejscach jak to, ale Aronski z pewnością nie był postacią powszechnie znaną, nawet jeśli mniej wyraźna kopia zdjęcia, które otwierało mój kwietny album, krążyła parę lat temu w mediach.

Tak. Prawdopodobnie to on. Skąd o tym wiesz?

Barmani dużo słyszą i wiele widzą, policjanci czasami lubią się napić, a wtedy wydaje im się, że rozmawiają szeptem.

To prawda.

A wiesz, co on tu robił?

Nie.

A wiesz, z czego słynie nasze miasto?

Z bananów – zażartowałem.

Z bananów też – potwierdził bez cienia uśmiechu. – Ale słynie też z diamentów.

Niewiele na to wskazuje. – Rozejrzałem się.

A jednak. Pomyśl o tym.

Dobrze.

Sądziłem, że będzie chciał ciągnąć rozmowę, ale odszedł do drugiej części baru i zaczął polerować szkło. Dopiłem piwo, podziękowałem, powiedziałem „dobranoc” i powlokłem się dopokoju, czując doganiające mnie zmęczenie.

Punktualnie o ósmej otworzyłem drzwi komisariatu. Byłem ogolony, uczesany, miałem na sobie świeżą, wyprasowaną koszulę, w ręku trzymałem skórzaną aktówkę. Czekali na mnie. Szybko załatwiliśmy formalności. Jeden z policjantów – sympatyczny, niski, barczysty trzydziestolatek – zaprowadził mnie do pokoju przesłuchań. Gdy szliśmy korytarzem, zdążyłem go jeszcze spytać, czy coś u Aronskiego znaleziono podczas zatrzymania. Nic. Ubrania, gotówkę. Tego ostatniego trochę więcej, niż mógłby potrzebować, ale to nie był majątek. Coś mówił? Nic. Chciał przekupić, ale źle trafił.

Przyniosę kawę – zaproponował funkcjonariusz, wychodząc z pokoju.

Spojrzałem na Pinczasa. Spodziewałem się kogoś innego. Kogoś przypominającego tamtego człowieka z jego pierwszych zdjęć, które do nas dotarły. Kogoś w starej wojskowej koszuli, z potarganymi włosami i obłędem w oczach. Ale przede mną przykuty kajdankami do blatu stołu siedział zupełnie inny Pinczas. Wpatrywał się we mnie oczami łagodnymi, niemal pobłażliwymi, wybaczającymi. Wyglądał, jak ktoś, kto właśnie wyszedł od fryzjera, który godzinę pracował nad doskonałym przedziałkiem. Błąkający się, pochodzący jakby z oddali, ledwie dostrzegalny uśmiech i czarny garnitur dopełniały obrazu człowieka, który mógł być skrzyżowaniem początkującego biznesmena z przedsiębiorcą pogrzebowym, ale nie Eliaszem Aronskim, człowiekiem, który z całą pewnością zamordował tamtych dwoje i który niemal na pewno był odpowiedzialny za śmierć dziesiątek albo i setek innych. Ale był to Pinczas.

Dzień dobry – powiedziałem i usiadłem. Nie odpowiedział. Użyłem jego języka. Wpatrywał się we mnie, sprawiając wrażenie, jakby nie zrozumiał. Patrzyłem na niego i czekałem. Umiałem czekać. Czekałem na niego wiele lat.

Pan mnie z kimś pomylił. Tamci panowie mnie z kimś pomylili – odezwał się w języku, który z pewnością nie był jego ojczystym.

Nie sądzę – kontynuowałem, wciąż używając języka Rydzboggiu.

Mamy twoje odciski, grupę krwi, znaki szczególne, w tym bardzo dokładnie sfotografowaną bliznę na prawej łopatce, a nawet pantomogram. I kilka innych wskazówek. Trudno o pomyłkę. Mówią o tobie Pinczas, a nazywasz się Eliasz Aronski. Posługiwałeś się podrobionymi dokumentami, w tym paszportem. Jesteś podejrzany o zamordowanie Kozbi Sur i Zimriego Salskiego oraz o aktywny udział w masakrze w Abatu. Między innymi. Moim zadaniem jest cię przesłuchać, przedstawić ci akt oskarżenia i we współpracy z państwową policją doprowadzić cię przed Międzynarodowy Sąd Kryminalny, przed którym w imieniu społeczności międzynarodowej zostaniesz osądzony.

Nie wiem, o czym pan mówi.

Barczysty policjant przyniósł kawę. Podziękowałem. Napiłem się. Czekałem. Czekanie z filiżanką kawy jest bardziej atrakcyjne niż bez niej. Aronski rozumiał. Nikt go nie przeszkolił, że powinien uważać z oczami w takich sytuacjach. Kontrolował uśmieszek, ale zdradzały go oczy. Ceniłem współpracę z psychologami i dziesiątki godzin szkoleń, które z nimi przeszedłem. W tych ciemnobrązowych, niemal czarnych tęczówkach widziałem ten sam obłęd, przyprószony latami i doświadczeniem, ale wciąż tlący się za zasłoną niewinności nabytej dzięki zwycięstwom i potędze wiary w słuszność.

Dokończyłem kawę. Wyjąłem przygotowany wcześniej wstępny akt oskarżenia. W czterech językach: w jego ojczystym, w języku ofiar, w tym, którym nie odpowiadał na moje pytania, i w miejscowym. Położyłem przed nim.

Proszę się z tym zapoznać.

Spojrzał. Przeczytał nagłówek. Nic nie powiedział.

Dokument, który panu przedstawiłem, liczy osiem stron. Myślę, że dwie godziny panu wystarczą.

Wstałem, wziąłem pusty kubek i wyszedłem z pokoju.

Coś powiedział? – spytał jeden z policjantów.

Nie. Udaje, że nie jest tym, kim jest. Udaje, że nie rozumie własnego języka. Przyjechał sam?

Raczej tak. To dziwne, ale wygląda na to, że sam. Jeżeli ktoś mu towarzyszył, to zatrzymał się w innym hotelu i ograniczyli kontakty. Rozglądamy się.

Jak się tu dostał?

Wynajętym samochodem terenowym. Sam prowadził. Do kraju przyleciał, ale to już wiesz.

Tak.

Trochę dziwne, że nie zgarnęli go na lotnisku.

Dziwne.

Ale dokumenty miał naprawdę dobre. Przypadek.

Co on tu w ogóle robił?

Nie mam pojęcia.

Broń?

Może.

Wyszedłem na ulicę i przespacerowałem się do hotelu. Zamówiłem śniadanie.

Kończyłem, gdy barman podszedł i usiadł przy stoliku.

To może cię zainteresować – odezwał się.

Spojrzałem na zdjęcie, które położył obok talerza. Powiększona czarno-biała kopia z paszportu. Twarz mi kogoś przypominała. Spojrzałem na nazwisko. Atanazy Seromski.

Skąd to masz?

Od kolegi z hotelu Palmas, ale to informacja dla ciebie.

O tym, że to informacja od twojego kolegi?

To też. Pomyśleliśmy, że może cię to zainteresować. Wymeldował się rano i wyjechał. Wiesz, kto to jest?

Wiem.

Ma to coś wspólnego z twoją sprawą?

Myślę, że ma.

Wstał i wrócił za bar. Spojrzałem na zdjęcie. Atanazy Seromski w mieścinie na końcu świata przyjechał się spotkać z Pinczasem. Seromski, człowiek któremu niczego nie udało się udowodnić, którego kryły szychy tego świata. Szara eminencja Państwa Odkupienia, jego nieformalny ambasador żyjący całkiem wygodnie w sercu tak zwanego cywilizowanego świata, pod rozłożystym parasolem zbyt wielu polityków i biznesmenów. Dużo powiązań, interesów, niejasne przepływy pieniędzy, broni i zabytków przyprawione narkotykami. Tę postać chciałoby się dorwać, ale lepiej tego nie robić.

Skończyłem śniadanie i siedziałem nad pustym talerzem. W końcu wstałem i podszedłem do telefonu. Zadzwoniłem do biura.

Namierzcie mi Seromskiego. Teraz. Poczekam.

Słyszałem, jak Meg stuka w klawiaturę.

Niewiele – odezwała się po kilku minutach. – Opuścił dom tydzień temu i zniknął.

Odłożyłem słuchawkę i wróciłem na komisariat.

Przeczytał pan? – spytałem Pinczasa, przyglądając się kupce równo ułożonych dokumentów.

Tak – odpowiedział szybko. Spojrzałem na niego. Wyglądał, jakby w ciągu tych dwóch godzin całkiem odechciało mu się grać kogoś innego. To była zagadkowa przemiana.

Zrozumiał pan treść dokumentu?

Tak.

Chciałbym zadać panu kilka pytań, panie Aronski.

Proszę pytać.

Czy nazywa się pan Eliasz Aronski?

Tak.

Wyjąłem i włączyłem dyktafon.

Wstępne przesłuchanie w miejscu aresztowania. Eliasz Aronski. Oficer prowadzący… – wypowiedziałem niezbędne formułki. – Jest pan oskarżony o morderstwo Kozbi Sur. Czy przyznaje się pan do zarzucanego czynu?

Nie.

Jest pan oskarżony o morderstwo Zimriego Salskiego. Czy przyznaje się pan do zarzucanego czynu?

Nie.

Czy wie pan, o kim mówię?

Tak.

Dowody jednoznacznie wskazują na pana udział w morderstwie obu wymienionych wcześniej osób.

Sami się zabili.

Słucham? – Zbił mnie z tropu. – Sugeruje pan, że Zimri Salski zamordował Kozbi Sur, a następnie popełnił samobójstwo?

Nie.

To w jakim sensie sami się zabili?

Sami sprowadzili na siebie śmierć. Jak ktoś za szybko jedzie w górach i spada w przepaść, to taki ktoś sam się zabił, sam sprowadził na siebie śmierć. Tu jest tak samo.

Oni nie jechali za szybko w górach.

Próbuję panu pokazać brak mojej winy. Ja byłem tylko tą przepaścią, ale to oni sami gnali niebezpiecznymi serpentynami.

Czy dotyczy to innych, którzy zginęli w Abatu?

Tak. Ale nie dla wszystkich byłem przepaścią.

Czy bezpośrednią przyczyną ich śmierci były pańskie czyny?

Nie. Bezpośrednią przyczyną ich śmierci były ich czyny.

Czy Zimri Salski wbił włócznię w pochwę Kozbi Sur?

Skrzywił się na dźwięk słowa „pochwa”.

Tak.

W takim razie jaka była pana rola? Skoro Zimri Salski wbił

włócznię, to jak stał się pan przepaścią?

Moje ramię było przedłużeniem sprawiedliwości. Moje ciało było emanacją sprawiedliwości, siły wyższej.

Czyli to nie Zimri Salski wbił włócznię?

Moje ramię trzymało włócznię, ale wtedy to nie było moje ramię. Przez moje ciało przemówiła nieskończona sprawiedliwość, której oni swoimi czynami się przeciwstawili. Zakłócili porządek i nie wyrazili skruchy, nie błagali o wybaczenie, nieodstąpili, nie wstydzili się, nie prosili o łaskę. Wystąpili przeciw prawdzie, przeciw porządkowi rzeczy, przeciw odwiecznym prawom po wieczność wyrytym w każdej istocie, w każdym kamieniu, w każdej sekundzie z eonów przeszłości i przyszłości.

Czy potwierdzasz, że twoje ramię trzymało włócznię w czasie, gdy owa włócznia zadawała śmierć Kozbi Sur? – Nie wiedziałem, jak inaczej zadać to pytanie.

To nie było moje ramię. To była sprawiedliwość przeze mnie przemawiająca.

Co byśmy zobaczyli, gdybyśmy dysponowali filmem z ostatnich chwil życia Kozbi Sur i Zimriego Salskiego?

Nie odpowiedział od razu, ale nie zastanawiał się długo.

Widzielibyście, jak wypełnione przez światło prawdy i sprawiedliwość ciało Eliasza Aronskiego staje się przedłużeniem nieskończonego prawa, które oni złamali, przez co skazali siebie na wieczne potępienie i doczesną śmierć.

Czy miałeś świadomość, co czyni twoje ciało?

Jakbym oglądał film i jednocześnie jakbym był częścią tego filmu. Jakby prawda i sprawiedliwość były z zewnątrz i jednocześnie były mną, jakby światłość pochodziła z całej wiecznej potęgi, która zogniskowała się w moim sercu. To jednocześnie byłem ja i nie ja. Ty… tacy jak ty nigdy tego nie pojmą. Wasze ślepe oczy widzą, że to ja ich zabiłem. Ale to nie jest prawda.

Na czym według ciebie polegało ich przewinienie, przewinienie, za które ich ukarałeś?

Nie ja ich ukarałem. Ja byłem tylko ramieniem sprawiedliwości.

Na czym polegała ich wina?

Na sprzeniewierzeniu się prawdzie.

Jakiej prawdzie?

Nieskończonej.

A w tym konkretnym przypadku?

Zimri Salski pierdolił Kozbi Sur i za to został ukarany! – wrzasnął. – To chcesz usłyszeć?

Czy twoja ręka prowadzona przez prawdę i sprawiedliwość wymierzyła karę Zimriemu Salskiemu i Kozbi Sur za to, że byli parą, także w sensie fizycznym?

Nie mogli być parą. Na to nie pozwala odwieczna prawda.

Na to nie pozwala słowo. Była tylko zwierzęcość. Tak jakby Zimri pierdolił owcę. Nie byłoby żadnej różnicy, gdyby to była owca.

Owca też by zginęła? Gdyby to była owca. Prawdziwa owca.

Tak.

Tak samo?

Co: tak samo?

Czy owcy też byś wbił włócznię w pochwę?

Owce nie mają… nie mają pochwy.

Co cię sprowadza do tego miasta?

Co?

Dlaczego tu przyjechałeś?

Milczał.

W jakim celu spotkałeś się z Atanazym Seromskim?

Milczał. Widziałem krople potu na jego skroni.

Wrócimy do tego – powiedziałem.

Do czego?

Do celu pana wizyty. Na dzisiaj koniec.

Wyłączyłem dyktafon i wyszedłem.

Sukces? – spytał barczysty policjant.

W tej pracy nie ma sukcesów.

Fakt. Jak ja nie lubię takich typków.

Nie dziwię się.

Przyznał się?

W pewnym sensie. To nie on zabił. To zabiła światłość i prawda, które kierowały jego ramieniem.

Wspaniale. Ograniczona poczytalność?

Nie. Raczej poczucie słuszności. Jest przekonany, że zrobił coś dobrego. Ten kierunek.

Już wolę łapać złodziei na targu.

Nie dziwię się.

Wróciłem do hotelu. Zaparkowałem samochód i przez chwilę wpatrywałem się w neonowy szyld: „Paryż”. Mój kierowca siedział przy stoliku na zewnątrz, z butelką piwa i gazetą. Był doskonale przystosowany. Mógł tygodniami nic nie robić, tylko czekać. Machnąłem do niego ręką.

Próbowałem zmyć z siebie prysznicem kleisty brud dnia. Położyłemsię i zasnąłem na kilkanaście minut. Zszedłem do baru. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na kunsztownie rzeźbione poręcze schodów. Zatrzymałem się przy ostatnim stopniu i przyjrzałem misternemu wykonaniu.

Ręczna robota – oznajmił barman. – Cieszę się, że pan to zauważył. Coś przyszykować?

Poproszę o coś do zjedzenia. Cokolwiek.

Coś wymyślimy.

Przysiadł się, gdy tylko skończyłem jeść. Byłem jedynymklientem.

On naprawdę był takim cudotwórcą czy zwykłym szarlatanem?

spytał.

Kto?

Mojski.

Chyba ani jednym, ani drugim.

Podobno się jąkał.

Seplenił.

Zastanawiałem się, jak pociągnął za sobą tylu ludzi.

Zastanawiam się nad tym od wielu lat.

Może przez te plagi.

Plagi – powtórzyłem bezwiednie.

Zesłał plagi. Tak mówią. Ale ja w to nie wierzę. – Zamilkł na chwilę. – Nie wierzę w takie rzeczy. Podobno to coś z tym jeziorem się stało, przez tamę.

W górze rzeki wybudowali tamę, żeby nawodnić olbrzymie tereny uprawne. Poziom wody obniżył się o niemal trzy metry. Z połowy jeziora zostały bezodpływowe bagna, śmierdzące oczka błota. Rybołówstwo upadło. Pojawiły się za to komary, muchy, schistosomatozy, filariozy, trypanosomatozy, chorowały i padały zwierzęta, plony się zmniejszyły. Tak, to były skumulowane plagi. W ciągu dwóch lat całkiem przyjemne miejsce do życia zamieniło się w piekło. Mieli ułatwione zadanie. Wystarczyło przez radio powiedzieć, że to oni, tamci.

Ten Rydzboggiu?

Tak. On też. I dali im cel. Najpierw ich okradli. Jednej nocy. Rano ich nie było. Poszło kilka tysięcy ludzi. Nie mieli wyjścia. Wiadomo, co by się z nimi stało, gdyby zostali. Tamci ruszyli w pościg, żeby odzyskać swoje mienie, swoje bydło i złoto, ale Mojski się przygotował. Wysadził most. Kilkaset osób zginęło. Większość się utopiła. I tak się to zaczęło. W skrócie.

Akt założycielski – skomentował.

Tak. Coś w tym stylu. Co z tymi diamentami?

Taka stara historia. Z czasów świetności tego miasta. Tędy przechodziło sporo niezbyt legalnych diamentów. Interes upadł, jak się zaczęły te akcje z certyfikatami. Ale wciąż są tacy, którzy się tym zajmują. Nie taka skala. Pomyślałem, że może o to chodzi. Potrzebują pieniędzy, a to łatwy pieniądz, jak się ma możliwości. A oni chyba mają. Ten Seromski na przykład. Czytałem o nim w gazecie parę lat temu. Pamiętam takie rzeczy. Łatwiej przewieźć diamenty niż te ciężkie rzeźby, które sprzedają bogatym bubkom, którzy chcą mieć starożytny kamień na swoim przystrzyżonym trawniczku.

Co ty tu robisz?

Prowadzę hotel.

Niezbyt dobry interes.

Kiedyś świetny. Teraz, jak deszcze ustają, też jest trochę turystów. Niedaleko jest park narodowy. Co mu grozi?

Komu?

Aronskiemu.

Dożywocie. Tylko że żaden z nich nie dostał dożywocia. Najwyżej dziesięć lat.

Ilu złapaliście?

Zapadło siedem wyroków.

Ta nasza komenda ma lepsze wyniki.

Staramy się. Siedemdziesiąt trzy tomy akt. Nie jest to rozrywkowa lektura. Nalejesz mi drinka?

Jasne. Tylko powiedz jeszcze, co dalej.

Za dwa dni dojedzie eskorta. Przetransportujemy go do sądu. Przygotujemy pełny akt oskarżenia i proces. Zajmie to ze dwa lata.

Wstał i poszedł za bar. Po chwili przyniósł szklankę.

Powodzenia.

Wrócił za kontuar. Pojawiło się kilku gości. Jacyś miłośnicy zwierząt prosto z żurnala dla miłośników zwierząt. Patrzyłem na wprawne ruchy barmana i wyobrażałem sobie, jak uwijał się kiedyś, w czasach świetności tego miejsca.



Gdy przebywali w Szittim, zaczął lud uprawiać nierząd

z Moabitkami.

Lb 25, 1

środa, 1 kwietnia 2026

"Lebensland". Opowiadanie ze zbioru "Odczytanie" (na podstawie fragmentów starego testamentu)


Lebensland                        

Zapach krwi nie ma sobie równych. Zbliżał się wieczór, a ja czekałem

na decyzję, pławiąc się w zapachu krwi. Krew wsiąkała

w ziemię, w bruk, wciskała się pomiędzy kamienie, mieszała się

z wodą w strumieniach i studniach. Jej aromat sączył się z plam

na mundurach. Zdobyliśmy to przeklęte miasto. Stało się tak,

jak miało się stać. Stawili nam opór, więc zabiliśmy wszystkich

i wszystko, nawet koty i psy. Zgnilizną zacznie śmierdzieć dopiero

jutro.

    Z twarzy Stammführera Józefa Efreima trudno było wyczytać

emocje. Wcześniejszy meldunek o tak pięknym zwycięstwie wywołał

na jego twarzy ledwie dostrzegalny uśmiech, który zniknął

po chwili. Nigdy nie zaistniał i jak myślę, nigdy nie urodzi się

tak świetny dowódca i tak doskonały strateg. W stosunku do

podwładnych wymagający i oczekujący pełnego posłuszeństwa.

Żołnierzy ogarnęła zwycięska euforia, zapomnieli o wyraźnych

rozkazach. Wszystkie łupy miały trafić do skarbca, ale temu

spodobał się zegarek, tamtemu – złota moneta, innemu – pierścionek

z brylantem. Po poprzednich sukcesach braliśmy tyle,

ile mieściło się w kieszeniach i plecakach. Tym razem miało

145być inaczej. Wszyscy to wiedzieliśmy, więc większość zdobyczy

trafiła tam, gdzie powinna. Nasze małe grzeszki stanowiły jedynie

kroplę w oceanie kosztowności, ale nie o skarbiec chodziło,

tylko o rozkazy.

    Stammführer stał na pryzmie ziemi i patrzył na nas ustawionych

w luźnym szeregu. Z jednej strony byliśmy upojeni triumfem,

z drugiej – wiedzieliśmy, że on wiedział. A jeśli on wiedział,

to czekała nas kara i jakakolwiek by była, byliśmy na nią gotowi.

Świadomość przewinienia rosła w nas wraz z narastającą przenikliwością

jego spojrzenia i przeciągającą się ciszą, rozpraszaną

jedynie szmerem wiatru. Wiedział, że nie może ukarać nas

wszystkich, chociaż wszyscy zawiniliśmy.

    Delikatny złoty łańcuszek uwierał mnie w kieszeni. Powiększał

się i nabierał masy. Byłem niemal pewny, że jego blask przebija

się przez materiał. Bałem się spojrzeć w dół, żeby to potwierdzić.

Jego ciężar przygniatał mnie tak, że ledwo mogłem ustać.

On widział, widział blask bijący od nas wszystkich. Jedyne, na co

mogłem się zdobyć, to usilne wpatrywanie się w trzy liście dębu

zdobiące jego mundur polowy. Wpatrywałem się w nie tak długo,

aż zapragnąłem, żeby mnie ukarał. Czułem się tak bezgranicznie

winny, aż odniosłem wrażenie, że mógłbym się sam rozstrzelać

na ochotnika.

    Stammführer Józef Efreim nigdy nie krzyczał. Nie mówił cicho

ani głośno. Ale dźwięk jego głosu przenikał do kości jak mróz.

– Za tymi wzgórzami jest nasza ojczyzna. Nasz Lebensland.

Naszym obowiązkiem jest zdobycie go, naszym obowiązkiem

jest pokonanie wrogów. Nasza ojczyzna jest w naszych sercach,

w naszych umysłach. Przed nami droga, którą musimy pokonać

z całą stanowczością, z całą bezwzględnością, tak aby to, co

kwitnie w naszych sercach i umysłach po wieczność, urzeczywistniło

się w bycie pokoleń, które nadejdą po nas. Jesteśmy na

początku tej drogi i nie pokonamy jej, jeśli nie będziemy twardzi,

nieustraszeni i scaleni jedną, wspólną myślą. Nasza jedność

nie może mieć żadnej rysy, żadnej słabości, gdyż jesteśmy tylko

narzędziem, jesteśmy jedną maszyną, jednym organizmem. Jesteśmy

jednością.

    Zamilkł, a my wchłanialiśmy jego słowa. Były naszymi słowami.

Były wyryte w naszych duszach, a on je tylko odczytywał.

– Nasza siła się rozpadnie, gdy będzie toczył nas rak nieposłuszeństwa

– kontynuował – nowotwór indywidualnych zachcianek,

gdy będziemy ulegać podszeptom chciwości czy pokusom niesubordynacji.

Wróg tylko na to czeka. Czeka na naszą słabość, na rysę

w naszej jedności. Nie możemy na to pozwolić, gdyż jeśli na to

pozwolimy, nasze marzenia, nasze prawdziwe pragnienia sczezną,

zanim zdążą się urzeczywistnić. Dzisiaj radość zwycięstwa, jednego

z wielu, które będzie naszym udziałem, jeśli nie zboczymy

z właściwej drogi, została przesłonięta przez zachowanie wielu

z was. Zachowanie, które może się wydawać błahostką, ale nią

nie jest. Jest jak pęknięcie, od którego runie tama na rzece, lub

zadrapanie, które przerodzi się w gangrenę.

    Tak bardzo pragnąłem, żeby mnie wybrał, żebym to właśnie

ja mógł wyjąć dowód mojej winy i odrzucić precz ten przeklęty

łańcuszek. Pragnąłem paść na ziemię i umrzeć, odkupując winę,

a umierając, błagać o przebaczenie dla wszystkich moich towarzyszy

broni. Chciałem własną krwią zasklepić skazę na naszej jedności.

Czekałem na jego słowa, na jego werdykt, decyzję. Śmierć

należała się nam wszystkim, ale Stammführer nakazał losowanie.

Najpierw wylosowano pułk, później batalion, pluton, a na końcu

– drużynę Karmiego Akana.

    Znałem Karmiego. Byliśmy z tego samego batalionu. Radosny

typ. Nawet w mrocznych chwilach umiał rozbawić największych

ponuraków. W walce można było na nim polegać. Bez

reszty oddany naszej sprawie. Spojrzałem na niego. Stał raptem

parę metrów ode mnie. Uśmiechał się, ale nie takim rechotliwym

uśmiechem po spłataniu głupiego figla, ale tak, jakby wygrał na

loterii. Zazdrościłem mu. Wszyscy mu zazdrościliśmy. Wystąpił

kilka kroków przed szereg.

    Stammführer miał powody do zmartwień. Na tym wielkim

zwycięstwie, zdobyciu tego przeklętego miasta kładły się cieniem

nie tylko nasze winy, ale też porażka grupy patrolowej, która

wpadła w zasadzkę. Straciliśmy kilkudziesięciu dobrych żołnierzy.

Nasz dowódca wiedział, że te dwa z pozoru niepowiązane

ze sobą zdarzenia łączy silna więź, że za oboma stoi ten sam

podskórny proces rozkładu, który musi zostać wypalony tu i teraz,

bo tylko wtedy podbijemy naszą ojczyznę, nasz Lebensland.

Chciał, żebyśmy my też to zrozumieli, żebyśmy wiedzieli i czuli,

że jeśli sprzeniewierzymy się nawet najbardziej niepozornym

rozkazom, to w konsekwencji skażemy się na porażkę. Zrozumiałem

to. Czułem to całym ciałem. Czułem to skórą, włosami,

sercem. Wchłaniałem tę wiedzę z każdym oddechem.

– Synu mój – zwrócił się Stammführer Józef Efreim do Karmiego

Akana – wyznaj swe winy. Co uczyniłeś? Czym zawiniłeś?

Niczego nie ukrywaj przede mną i towarzyszami broni.

– Istotnie zawiniłem – odrzekł Karim. – Przeciw tobie zawiniłem,

przeciw moim towarzyszom, przeciw naszej ojczyźnie.

Przywłaszczyłem rzeczy, które nie należą do mnie i które do mnie

należeć nie powinny. Piękny zegarek i złotą bransoletkę. Ukryłem

je w namiocie, pod materacem.

    Stammführer wysłał do namiotu Karima kilku żołnierzy. Wrócili

z zegarkiem i bransoletką. Następnie z każdego plutonu wybrano

jednego żołnierza. Z mojego padło na mnie. Zeszliśmy

w dolinę – ci wybrani i drużyna Karima.

    Drużyna Karima, dziewięciu twardych chłopaków, stanęła pod

skałą. Rozstrzelaliśmy ich. Gdy celowałem w serce Karima, widziałem,

jak do mnie mrugnął. Ciała przysypaliśmy kamieniami.

W następnych miesiącach odnieśliśmy dziesiątki zwycięstw,

pokonaliśmy wielu wrogów, zdobywaliśmy miasta, fortece,

jakieś naprędce sklecane koalicje. Nikogo nie oszczędzaliśmy.

Karabinami oczyściliśmy naszą ojczyznę i zbudowaliśmy nasz

świat.


Wziął więc Jozue Akana, syna Zeracha, srebro, płaszcz i pręt złoty,

jego synów i córki, jego woły, osły i owce, jego namiot i wszystko, co

do niego należało. (…) I wszyscy Izraelici go ukamienowali, a ich

spalili i obrzucili kamieniami.

Joz 7, 24–25

środa, 3 września 2025

Opowiadanie konkursowe nienominowane (opowiadania.org; hasło przewodnie: czerwona flaga). Opowiadanie bez obróbki redaktorskiej.

 Rafał Harer

Co skrywa fosa?


Pałac budził się o piątej a o siódmej tętnił życiem. Północne skrzydło jednak spało. Kotary były zasunięte, rolety opuszczone, ciężkie drzwi zamknięte. Ani stukania obcasów, ani spadające patelnie, ani pokrzykiwania kucharzy, ani nerwowość ministrów, nawet szczęk sprawdzanej broni czy silniki gotowych do jazdy samochodów nie przenikała do północnego skrzydła. Przenikały do wysokiej wieży. Wieża była najwyższym budynkiem w państwie. Państwo nie było duże ale nie było też takie całkiem małe. Wieża była bardzo wysoka. Wszyscy mieszkańcy państwa byli z niej bardzo dumni. Pałac był zwykłym pałacem. Ale wieża nie była zwykłą wieża. Wieżę zwieńczał maszt. Na maszcie powiewała flaga. Wieża była wysoka, maszt był potężny a flaga ogromna. Państwo nie było duże ale nie było też takie całkiem małe a z każdego miejsca owego państwa można było flagę zobaczyć. Wieża stała obok pałacu. Wieża i pałac stały na górze. To była najwyższa góra w państwie, które poza kilkoma wzgórzami, mogło poszczycić się wyłącznie równiną. To nie była wysoka góra ale jedyna, co czyniło ją najwyższą. Na płaski szczyt, na którym był pałac i wieża prowadziła jedna kręta droga, jeden zwodzony most. Zwodzony most podnoszono raz w roku, żeby sprawdzić, czy zwodzenie działa. Pozwalał przekroczyć fosę. Fosa była kiedyś jeziorem, później stała się fosą, by skończyć jako błotnisty rów pełen historii, w której nikt nie grzebał. Gdy fosa była jeziorem zdobycie góry i pałacu, który wtedy był zamkiem, było bardzo trudne. Wymagało umiejętności pływania w zbroi lub posiadania łodzi. Nikt nigdy nie próbował zdobyć ani zamku ani pałacu, ani wpław, ani łodzią, ani przekraczając zwodzony most, ani pokonując fosę wypełnioną błotem, ani wypełnioną wodą. Nikt nie próbował nawet wtedy, gdy na maszcie powiewała czarna flaga.

Magazyn flag mieścił się na pierwszym piętrze wieży. Każda flaga była uprana, wyprasowana, złożona i gotowa. To wcale nie jest takie proste, tak wielką flagę uprać, uprasować, złożyć ani wywiesić. Na parterze flagi prano, prasowano i składano. Złożone przenoszono na pierwsze piętro. Do magazynu. Odpowiedzialny za flagi, za upranie, uprasowania, złożenie, zmagazynowani i wywieszenie był minister flagi. Był ministrem flagi ale właściwie to powinien być ministrem flag. Pomimo tego, że był odpowiedzialny za pranie, prasowanie nawet wywieszenie minister flagi nigdy nie uprał, nie uprasował, nawet nie wywiesił ani jednej flagi. Był odpowiedzialny więc nadawał sprawom bieg, sprawdzał i kontrolował. To on był pierwszym, który wiedział, która flaga powędruje na maszt. Ale nie on decydował. Decydował prezydent, który o siódmej, gdy pałac już tętnił życiem, wciąż spał. Spał w północnym skrzydle. To było skrzydło prezydenckie.

Do skrzydła prezydenckiego prowadził tylko jeden korytarz. Korytarz był długi i wysoki a strzegło go zawsze ośmiu doborowych żołnierzy, z których każdy wart był ośmiu zwykłych żołnierzy. Ze skrzydła prezydenckiego można było wyjść tym samym korytarzem albo dwoma tajemnymi przejściami. Były to zwykłe, tajemne przejścia typowe dla pałaców i ich tajemnic.

Prezydent był prezydentem ale niewiele różnił się od króla. Wybrali go wszyscy mieszkańcy równiny, kilku wzgórz a nawet pałacu. Wybrany postanowił w pałacu, w północnym skrzydle zostać i być trochę jak król. Wszystkim ten pomysł się spodobał. Zyskali trochę spokoju i króla, który był trochę prezydentem i trochę królem. Prezydentem mógł być każdy, każde państwo mogło się pochwalić swoim prezydentem, ale tylko nieliczne mogły się pochwalić królem. Tym bardziej królem wybranym. Wszyscy mieszkańcy równiny byli dumni ze swojego prezydenta i tylko nieliczni mieszkańcy kilku wzgórz nie tylko nie byli z niego dumni ale też go nie lubili.

Prezydent o tym wiedział i dlatego korytarz był strzeżony przez ośmiu doborowych żołnierzy, rolety były przeciwpancerne a o tajemnych wyjściach wiedzieli nieliczni. Prezydent trochę się bał tych nielicznych mieszkańców wzgórz, którzy go nie lubili. Wcale nie musiał się ich bać. To, że go nie lubili, nie oznaczało, że chcą go zgładzić, skazać albo wtrącić do lochu. Tym bardziej, że nikt już nikogo potajemnie nie zgładzał i rzadko kogoś skazywano. Pałac, jak na pałac, który był kiedyś zamkiem, przystało, miał swoje lochy, do których można wtrącać, ale nikt nie pamiętał jak tam trafić. Pałac był zwykłym pałacem i jak na pałac, który był kiedyś zamkiem, przystało miał swojej tajemnice. Miał tajemne wyjścia z północnego skrzydła, o których wiedzieli nieliczni i miał lochy, do których prowadziły drogi, o których nikt już nie pamiętał.

Prezydent, gdy został prezydentem bardzo polubił bycie prezydentem. Wstawał wcześnie a spać kładł się późno i przez cały dzień prezydentował. Państwo nie było małe ale nie było też duże i prezydent nie miał zbyt wielu obowiązków. Po kilku miesiącach prezydentowania, gdy wszystko zostało już zarządzone, decyzje podjęte, kierunki ustalone, wizje roztoczone popadł w melancholię, z której przez wszystkie te prezydenckie lata nie mógł się otrząsnąć. Pomysł, żeby prezydentem zostać na stałe, z początku wydawał się genialny lecz z każdym rokiem, a nawet dniem, genialność kruszała i trochę król, trochę prezydent czuł, że genialność pomysłu jest farsą, on sam jest pstrokatym bohaterem owej farsy i farsa ta jest niczym loch, do którego sam się wtrącił, a z którego nie ma tajemnego wyjścia. Prezydent wieczorem stawał w oknie i rozglądał się po swoim królestwie. Patrzył też na zwodzony most i wypełnioną błotem fosę. Gdyby chciał wyjść w stroju pastuszka i nierozpoznanym zwiedzić swoje państwo mógłby to zrobić przechodząc mostem lub tytłając się w błocie. Prezydent nie miał stroju pastuszka. Mógłby zażyczyć sobie stroju pastuszka – był przecież trochę królem. Mógł nawet zażyczyć sobie, żeby go nie rozpoznawano. Mógł wywiesić odpowiednią flagę.

O ósmej pięćdziesiąt z kuchni wyruszała pokojówka. Pokojówka niosła tacę. Na tacy miała sok, jajko na miękko, owoc, bułeczkę, twarożek i kawę. Kawa była czarna i mocna. Doborowi żołnierze otwierali drzwi i śledzili jej kroki.

Stawała przed drzwiami prezydenckiej sypialni, odstawiała tacę na stolik do odkładania tacy i dokładnie o dziewiątej pukała do drzwi prezydenckiej sypialni.

O dziewiątej prezydent a jednak trochę król nie spał. Obudził się kilka minut wcześniej, przez chwilę albo trochę dłużej zdezorientowany leżał w ciemnościach, włączał lampkę, patrzył na zegar i czekał na pukanie. Usłyszawszy je, wstawał, zakładał szlafrok, zerkał przez wizjer i otwierał zamki drzwi. Drzwi były grube, pancerne. Gdyby po drugiej stronie zamiast pokojówki czaił się doborowy oddział morderców prezydent mógłby czmychnąć tajemnym przejściem, bo sforsowanie drzwi zajęłoby doborowym mordercom tyle czasu, że zanim by je sforsowali, prezydent mógłby zaskoczyć ich z grupą doborowych żołnierzy od strony długiego i wysokiego korytarza. Nie chciał pamiętać, że jeśli po drugiej stronie drzwi byliby doborowi mordercy to on nie miałby do dyspozycji doborowych żołnierzy. Prezydentowi nie zależało ale bał się.

Jadł w milczeniu, wolno, spokojnie a pokojówka rozsuwała zasłony i podnosiła rolety. Sypialnię wypełniało światło pomimo tego, że było to północne skrzydło. Kończył śniadanie wypijając ostatni łyk kawy i szedł do łazienki. Był trochę królem ale jednak prezydentem więc siadał na wykwitnie zdobionym sedesie. Każdego dnia był zdziwiony, że pomimo niemal królowania po chwili nie pachniało kwietną łąką ani królewską bryzą. Brał szybki prysznic a potem się ubierał, nie do końca tak jakby chciał jako król ale bardziej tak jak powinien jako prezydent,

Ubrany szedł do gabinetu, w którym czekał na niego, minister. Minister flagi. Patrzył przez okno, przez chwilę kontemplował widok równiny ułożonej u stóp góry, kontemplował odległe a jednak wyraźnie widoczne wzgórza i szeptał do ministerialnego ucha. Minister flagi był więc pierwszym, poza samym prezydentem oczywiście, który wiedział która flaga zastąpi flagę dnia poprzedniego.

Minister flagi potakiwał i sprężystym krokiem kierował się do wysokiej wieży, na szczycie której wciąż powiewała flaga dnia poprzedniego. A była to flaga szara. Dnia poprzedniego wszyscy mieszkańcy państwa byli ponurzy, odburkiwali „dzień dobry” na wyburczane „dzień dobry”, pary milczały w zawziętości, dzieci płakały i nie chciały jeść. Flaga szara zastąpiła niebieską. Gdy na maszcie powiewała niebieska flaga wszystkich mieszkańców państwa przepełniała melancholia. Siadali na fotelach i wpatrywali się w dal. Niebieska flaga zastąpiła żółtą. Dzień z żółtą flagą był dniem pełnym uśmiechów i radości. Dzień pełen uśmiechów i radości nastąpił po zielonej fladze. Gdy zielona flaga powiewała na maszcie mieszkańcy państwa spacerowali, jeździli na rowerach i wspinali się na wzgórza. Zanim zieloną flagę wciągnięto na masz na maszcie powiewała brązowa flaga. Gdy na maszcie powiewała brązowa flaga wszyscy ciężko pracowali, przekraczali normy i brali nadgodziny.

W magazynie na pierwszym piętrze wysokiej, zwieńczonej masztem, wieży, było setki flag. Niektóre na maszcie pojawiały się rzadko, a niektóre częściej. Gdy flaga rozpoczynała dzień wszyscy wiedzieli, jaki on będzie. Mieszkańcy państwa wiedzieli jaki dzień zapewni im każda z flag. Uczyli się tego w szkołach, chociaż nie musieli. Nie musieli bo znali znaczenie każdego koloru flagi wysysając je z mlekiem matek, z pierwszym krokami, z pierwszymi siniakami i pierwszymi książeczkami.

Minister flagi opuszczał północne skrzydło i sprężystym krokiem szedł do wysokiej wieży. Tam wydawał polecenia. Pracownicy wieży sprawnie zmieniali flagę rozpoczynając nowy dzień. O dziesiątej flaga dnia dzisiejszego musiała powiewać na maszcie. Przed dziesiątą mieszkańcy państwa wychodzili przed domy i patrzyli w kierunku jedynej góry, w kierunku wieży i czekali. Niektórzy, ci bardziej niecierpliwi stali tak od prawie godziny. Nie musieli wychodzić. Na drugim kanale telewizji, kanale flagi, bez przerw trwała transmisja flagi. Ci, którzy mieszkali na krańcach państwa czasami korzystali z lornetek. Tuż przed dziesiątą, gdy wczorajsza flaga znikała, serca mieszkańców państwa zamierały, oddechy przyśpieszały.

Nieliczni mieszkańcy wzgórz, którzy prezydenta nie lubili, uważali i czasami głośno o tym mówili, chociaż niewielu chciało słuchać, że flaga dnia dzisiejszego powinna pojawiać się wcześniej. O ósmej. A nawet siódmej. Że dziesiąta to za późno. Czasami też niejasno tłumaczyli, że prezydent powinien wybierać taką flagę, jaka będzie najlepsza dla mieszkańców państwa, a nie taką, która odpowiada jego porannym humorom. Prezydent wiedział, że jeśli spełniłby te postulaty byłby bardziej prezydentem a mniej królem.

Flaga szara zniknęła a na jej miejsce wciągnięto flagę czerwoną. Flaga czerwona powiewała bardzo rzadko. Mieszkańcom państwa aż zakręciło się w głowie. Ośmiu doborowych żołnierzy zamieniło się w ośmiu doborowych morderców. Doborowi mordercy przeszli długim i wysokim korytarzem do skrzydła północnego, otworzyli niezaryglowane drzwi i posiekali trochę prezydenta a trochę króla. Posiekane szczątki cisnęli wprost do wypełnionej błotem fosy.


piątek, 16 maja 2025

Opowiadanie "W123"

 

(surówka; czyli bez obróbki redakcyjno-korekcyjnej; opowiadanie na konkurs audioteki (samochód Twardocha; jednowieczorowe)

Rafał Harer

W123

Czy ja się znam na umieraniu? Nie znam się. Czy ja się znałem na mechanice? Nie znałem się. Czy lubię mieć utytłane w smarze ręce? Nie lubię. Czy potrafiłem zmienić koło w samochodzie? Pewnie tak. Nie wiem, wcześniej nie próbowałem. Znam się na ubezpieczeniach. Aktuariusz ze mnie certyfikowany, garniturowaty, czystopaznokciowy. Na umieraniu się nie znam ale mam doświadczenie. Nie licząc ciotek, babć, wujków i dziadków, których umieranie było, ale takie bardziej wirtualne, takie o… jest, o…, jest chora, o… umarła, tak mi przykro, spotkało mnie jeszcze umieranie matki. Niespodziewana diagnoza, kilka miesięcy, dużo opiatów. To było przykre. Niemiłe. Jakby dotyczyło innego człowieka. Całkiem obcego. Do szpitala przychodziłem i czułem się tak jakbym odwiedzał jakąś przypadkową osobę, kogoś kogo wylosowałem przy wejściu, żeby nie czuła się samotna w swoim umieraniu. Jej tam nie było. Było jakieś obce ciało.

Odwiedzałem rodziców. Nie lubiłem ich odwiedzać. W ich domu czułem się dobrze może przez pół godziny. Nie czułem nostalgii minionego czasu. Denerwowali mnie. Przytłaczali mnie. Ich dom mnie przytłaczał. Byli z innego świata a ja za tym światem nie przepadałem. Te obiady, te rozmowy, ta kawa, ciasto, nawet ten kot. Firanki, klomby, kwiaty, to ich emeryckie życie.

Milczeliśmy albo mówiliśmy o nie splecionych ze sobą sprawach. Posługiwaliśmy się odmiennymi językami. Wychodząc czułem ulgę. Matka zachorowała, umarła i obiady się skończyły.

Tydzień po pogrzebie pojechałem do ojca. Nie było ciasta, nie było obiadu. Kawę wypiliśmy. Słów też nie było. Od wielu lat nie było między nami słów. Tak siedzieliśmy, nic nie zostało powiedziane a wszystko, co mogło być powiedziane, wybrzmiało. Oba byliśmy ciszą skrępowani, obaj wiedzieliśmy, że między nami nie ma słów, a cisza tylko pogłębiała tę świadomość. Zastanawiałem się ile jeszcze muszę poczekać, żeby móc pójść, żeby każdy z nas mógł sobie powiedzieć, że spędziliśmy razem trochę czasu. Ojciec jednak przerwał ciszę. Naprawię samochód, chodź, trochę pomożesz – powiedział. Nie odmówiłem, nie chciałem mu sprawiać przykrości. Mogłem powiedzieć, że się nie znam na mechanice. Mogłem powiedzieć, że się śpieszę, że praca, że córka, że spotkanie. Cokolwiek byleby tylko nie iść do śmierdzącego smarami garażu, garażu, w którym można znaleźć części do dawno zezłomowanej syrenki, do sprzedanego dużego fiata, do nieistniejących od dziesięcioleci rowerów, ogarów, wuesek.

Mercedes. To ten samochód ojciec chciał naprawić. Myślałem, że go sprzedał. Kiedyś wspominał, że ktoś zaproponował mu całkiem przyzwoitą kwotę. Już nie pamiętam kiedy ostatnio jeździł. Dawno. Kończyłem studia. Bardzo dawno. Zielony W123, dwulitrowa benzyna. Byliśmy nim nad morzem. Dwa razy. Byłem wtedy dzieckiem. Płynęliśmy w nim nad morze. Wystawiałem głowę za okno i łykałem wiatr.

Gdy skończyliśmy poprosił, żebym przyjechał mu pomóc, „jak będziesz miał czas, bo ja tu z nim siedzę codziennie”.

Przyjechałem po dwóch tygodniach. A potem co drugi dzień, a potem codziennie.

Podawałem klucze. Przytrzymywałem brudne kawałki metalu. Tytłałem się w smarze. Płukałem coś w nafcie. Wdychałem kurz i zdzierany szlifierką lakier.

Wracałem do domu i szukałem w necie zapleśniałych instrukcji. Oglądałem filmy, które pokazywały jak należy zrobić coś, czego nie wiedział jak zrobić. Właziłem do wanny i szorowałem paznokcie.

Powiedziałem, żeby zrobił sobie dzień wolnego. Że nie musi się przecież śpieszyć. Że nic się nie stanie, jak skończy tydzień później. Odpowiedział, że nie ma czasu, że musi zdążyć, zanim umrze, bo umiera. Każdy umiera, skomentowałem. Ja umieram bardziej, mam tylko kilka miesięcy, powiedział, naprawimy go i samochód będzie twój.

Naprawimy.

Nie zdążył. Nie naprawił. Silnik odpalał i pracował ładnie, równo. Karoseria lśniła. Zostało tylko tylne zawieszenie.

Miałem wszystkie potrzebne części, narzędzia i wystarczające umiejętności, żeby skończyć to tylne zawieszenie, ale sprzedałem go tak, jak zostawił go ojciec.

Wziąłem za niego kupę forsy. Przyjechał popatrzył, włączył silnik, sprawdził dokumenty, sprawdził dokumentacje wykonanych prac, sprawdził rachunki za części. Spojrzał na mnie jakby chciał coś powiedzieć, jakby chciał się targować, ale nic nie powiedział. Zapłacił. Kupiłem sobie ładny, czysty, pachnący, trochę sportowy samochód.