Lebensland
Zapach krwi nie ma sobie równych. Zbliżał się wieczór, a ja czekałem
na decyzję, pławiąc się w zapachu krwi. Krew wsiąkała
w ziemię, w bruk, wciskała się pomiędzy kamienie, mieszała się
z wodą w strumieniach i studniach. Jej aromat sączył się z plam
na mundurach. Zdobyliśmy to przeklęte miasto. Stało się tak,
jak miało się stać. Stawili nam opór, więc zabiliśmy wszystkich
i wszystko, nawet koty i psy. Zgnilizną zacznie śmierdzieć dopiero
jutro.
Z twarzy Stammführera Józefa Efreima trudno było wyczytać
emocje. Wcześniejszy meldunek o tak pięknym zwycięstwie wywołał
na jego twarzy ledwie dostrzegalny uśmiech, który zniknął
po chwili. Nigdy nie zaistniał i jak myślę, nigdy nie urodzi się
tak świetny dowódca i tak doskonały strateg. W stosunku do
podwładnych wymagający i oczekujący pełnego posłuszeństwa.
Żołnierzy ogarnęła zwycięska euforia, zapomnieli o wyraźnych
rozkazach. Wszystkie łupy miały trafić do skarbca, ale temu
spodobał się zegarek, tamtemu – złota moneta, innemu – pierścionek
z brylantem. Po poprzednich sukcesach braliśmy tyle,
ile mieściło się w kieszeniach i plecakach. Tym razem miało
145być inaczej. Wszyscy to wiedzieliśmy, więc większość zdobyczy
trafiła tam, gdzie powinna. Nasze małe grzeszki stanowiły jedynie
kroplę w oceanie kosztowności, ale nie o skarbiec chodziło,
tylko o rozkazy.
Stammführer stał na pryzmie ziemi i patrzył na nas ustawionych
w luźnym szeregu. Z jednej strony byliśmy upojeni triumfem,
z drugiej – wiedzieliśmy, że on wiedział. A jeśli on wiedział,
to czekała nas kara i jakakolwiek by była, byliśmy na nią gotowi.
Świadomość przewinienia rosła w nas wraz z narastającą przenikliwością
jego spojrzenia i przeciągającą się ciszą, rozpraszaną
jedynie szmerem wiatru. Wiedział, że nie może ukarać nas
wszystkich, chociaż wszyscy zawiniliśmy.
Delikatny złoty łańcuszek uwierał mnie w kieszeni. Powiększał
się i nabierał masy. Byłem niemal pewny, że jego blask przebija
się przez materiał. Bałem się spojrzeć w dół, żeby to potwierdzić.
Jego ciężar przygniatał mnie tak, że ledwo mogłem ustać.
On widział, widział blask bijący od nas wszystkich. Jedyne, na co
mogłem się zdobyć, to usilne wpatrywanie się w trzy liście dębu
zdobiące jego mundur polowy. Wpatrywałem się w nie tak długo,
aż zapragnąłem, żeby mnie ukarał. Czułem się tak bezgranicznie
winny, aż odniosłem wrażenie, że mógłbym się sam rozstrzelać
na ochotnika.
Stammführer Józef Efreim nigdy nie krzyczał. Nie mówił cicho
ani głośno. Ale dźwięk jego głosu przenikał do kości jak mróz.
– Za tymi wzgórzami jest nasza ojczyzna. Nasz Lebensland.
Naszym obowiązkiem jest zdobycie go, naszym obowiązkiem
jest pokonanie wrogów. Nasza ojczyzna jest w naszych sercach,
w naszych umysłach. Przed nami droga, którą musimy pokonać
z całą stanowczością, z całą bezwzględnością, tak aby to, co
kwitnie w naszych sercach i umysłach po wieczność, urzeczywistniło
się w bycie pokoleń, które nadejdą po nas. Jesteśmy na
początku tej drogi i nie pokonamy jej, jeśli nie będziemy twardzi,
nieustraszeni i scaleni jedną, wspólną myślą. Nasza jedność
nie może mieć żadnej rysy, żadnej słabości, gdyż jesteśmy tylko
narzędziem, jesteśmy jedną maszyną, jednym organizmem. Jesteśmy
jednością.
Zamilkł, a my wchłanialiśmy jego słowa. Były naszymi słowami.
Były wyryte w naszych duszach, a on je tylko odczytywał.
– Nasza siła się rozpadnie, gdy będzie toczył nas rak nieposłuszeństwa
– kontynuował – nowotwór indywidualnych zachcianek,
gdy będziemy ulegać podszeptom chciwości czy pokusom niesubordynacji.
Wróg tylko na to czeka. Czeka na naszą słabość, na rysę
w naszej jedności. Nie możemy na to pozwolić, gdyż jeśli na to
pozwolimy, nasze marzenia, nasze prawdziwe pragnienia sczezną,
zanim zdążą się urzeczywistnić. Dzisiaj radość zwycięstwa, jednego
z wielu, które będzie naszym udziałem, jeśli nie zboczymy
z właściwej drogi, została przesłonięta przez zachowanie wielu
z was. Zachowanie, które może się wydawać błahostką, ale nią
nie jest. Jest jak pęknięcie, od którego runie tama na rzece, lub
zadrapanie, które przerodzi się w gangrenę.
Tak bardzo pragnąłem, żeby mnie wybrał, żebym to właśnie
ja mógł wyjąć dowód mojej winy i odrzucić precz ten przeklęty
łańcuszek. Pragnąłem paść na ziemię i umrzeć, odkupując winę,
a umierając, błagać o przebaczenie dla wszystkich moich towarzyszy
broni. Chciałem własną krwią zasklepić skazę na naszej jedności.
Czekałem na jego słowa, na jego werdykt, decyzję. Śmierć
należała się nam wszystkim, ale Stammführer nakazał losowanie.
Najpierw wylosowano pułk, później batalion, pluton, a na końcu
– drużynę Karmiego Akana.
Znałem Karmiego. Byliśmy z tego samego batalionu. Radosny
typ. Nawet w mrocznych chwilach umiał rozbawić największych
ponuraków. W walce można było na nim polegać. Bez
reszty oddany naszej sprawie. Spojrzałem na niego. Stał raptem
parę metrów ode mnie. Uśmiechał się, ale nie takim rechotliwym
uśmiechem po spłataniu głupiego figla, ale tak, jakby wygrał na
loterii. Zazdrościłem mu. Wszyscy mu zazdrościliśmy. Wystąpił
kilka kroków przed szereg.
Stammführer miał powody do zmartwień. Na tym wielkim
zwycięstwie, zdobyciu tego przeklętego miasta kładły się cieniem
nie tylko nasze winy, ale też porażka grupy patrolowej, która
wpadła w zasadzkę. Straciliśmy kilkudziesięciu dobrych żołnierzy.
Nasz dowódca wiedział, że te dwa z pozoru niepowiązane
ze sobą zdarzenia łączy silna więź, że za oboma stoi ten sam
podskórny proces rozkładu, który musi zostać wypalony tu i teraz,
bo tylko wtedy podbijemy naszą ojczyznę, nasz Lebensland.
Chciał, żebyśmy my też to zrozumieli, żebyśmy wiedzieli i czuli,
że jeśli sprzeniewierzymy się nawet najbardziej niepozornym
rozkazom, to w konsekwencji skażemy się na porażkę. Zrozumiałem
to. Czułem to całym ciałem. Czułem to skórą, włosami,
sercem. Wchłaniałem tę wiedzę z każdym oddechem.
– Synu mój – zwrócił się Stammführer Józef Efreim do Karmiego
Akana – wyznaj swe winy. Co uczyniłeś? Czym zawiniłeś?
Niczego nie ukrywaj przede mną i towarzyszami broni.
– Istotnie zawiniłem – odrzekł Karim. – Przeciw tobie zawiniłem,
przeciw moim towarzyszom, przeciw naszej ojczyźnie.
Przywłaszczyłem rzeczy, które nie należą do mnie i które do mnie
należeć nie powinny. Piękny zegarek i złotą bransoletkę. Ukryłem
je w namiocie, pod materacem.
Stammführer wysłał do namiotu Karima kilku żołnierzy. Wrócili
z zegarkiem i bransoletką. Następnie z każdego plutonu wybrano
jednego żołnierza. Z mojego padło na mnie. Zeszliśmy
w dolinę – ci wybrani i drużyna Karima.
Drużyna Karima, dziewięciu twardych chłopaków, stanęła pod
skałą. Rozstrzelaliśmy ich. Gdy celowałem w serce Karima, widziałem,
jak do mnie mrugnął. Ciała przysypaliśmy kamieniami.
W następnych miesiącach odnieśliśmy dziesiątki zwycięstw,
pokonaliśmy wielu wrogów, zdobywaliśmy miasta, fortece,
jakieś naprędce sklecane koalicje. Nikogo nie oszczędzaliśmy.
Karabinami oczyściliśmy naszą ojczyznę i zbudowaliśmy nasz
świat.
Wziął więc Jozue Akana, syna Zeracha, srebro, płaszcz i pręt złoty,
jego synów i córki, jego woły, osły i owce, jego namiot i wszystko, co
do niego należało. (…) I wszyscy Izraelici go ukamienowali, a ich
spalili i obrzucili kamieniami.
Joz 7, 24–25