środa, 1 kwietnia 2026

"Lebensland". Opowiadanie ze zbioru "Odczytanie" (na podstawie fragmentów starego testamentu)


Lebensland                        

Zapach krwi nie ma sobie równych. Zbliżał się wieczór, a ja czekałem

na decyzję, pławiąc się w zapachu krwi. Krew wsiąkała

w ziemię, w bruk, wciskała się pomiędzy kamienie, mieszała się

z wodą w strumieniach i studniach. Jej aromat sączył się z plam

na mundurach. Zdobyliśmy to przeklęte miasto. Stało się tak,

jak miało się stać. Stawili nam opór, więc zabiliśmy wszystkich

i wszystko, nawet koty i psy. Zgnilizną zacznie śmierdzieć dopiero

jutro.

    Z twarzy Stammführera Józefa Efreima trudno było wyczytać

emocje. Wcześniejszy meldunek o tak pięknym zwycięstwie wywołał

na jego twarzy ledwie dostrzegalny uśmiech, który zniknął

po chwili. Nigdy nie zaistniał i jak myślę, nigdy nie urodzi się

tak świetny dowódca i tak doskonały strateg. W stosunku do

podwładnych wymagający i oczekujący pełnego posłuszeństwa.

Żołnierzy ogarnęła zwycięska euforia, zapomnieli o wyraźnych

rozkazach. Wszystkie łupy miały trafić do skarbca, ale temu

spodobał się zegarek, tamtemu – złota moneta, innemu – pierścionek

z brylantem. Po poprzednich sukcesach braliśmy tyle,

ile mieściło się w kieszeniach i plecakach. Tym razem miało

145być inaczej. Wszyscy to wiedzieliśmy, więc większość zdobyczy

trafiła tam, gdzie powinna. Nasze małe grzeszki stanowiły jedynie

kroplę w oceanie kosztowności, ale nie o skarbiec chodziło,

tylko o rozkazy.

    Stammführer stał na pryzmie ziemi i patrzył na nas ustawionych

w luźnym szeregu. Z jednej strony byliśmy upojeni triumfem,

z drugiej – wiedzieliśmy, że on wiedział. A jeśli on wiedział,

to czekała nas kara i jakakolwiek by była, byliśmy na nią gotowi.

Świadomość przewinienia rosła w nas wraz z narastającą przenikliwością

jego spojrzenia i przeciągającą się ciszą, rozpraszaną

jedynie szmerem wiatru. Wiedział, że nie może ukarać nas

wszystkich, chociaż wszyscy zawiniliśmy.

    Delikatny złoty łańcuszek uwierał mnie w kieszeni. Powiększał

się i nabierał masy. Byłem niemal pewny, że jego blask przebija

się przez materiał. Bałem się spojrzeć w dół, żeby to potwierdzić.

Jego ciężar przygniatał mnie tak, że ledwo mogłem ustać.

On widział, widział blask bijący od nas wszystkich. Jedyne, na co

mogłem się zdobyć, to usilne wpatrywanie się w trzy liście dębu

zdobiące jego mundur polowy. Wpatrywałem się w nie tak długo,

aż zapragnąłem, żeby mnie ukarał. Czułem się tak bezgranicznie

winny, aż odniosłem wrażenie, że mógłbym się sam rozstrzelać

na ochotnika.

    Stammführer Józef Efreim nigdy nie krzyczał. Nie mówił cicho

ani głośno. Ale dźwięk jego głosu przenikał do kości jak mróz.

– Za tymi wzgórzami jest nasza ojczyzna. Nasz Lebensland.

Naszym obowiązkiem jest zdobycie go, naszym obowiązkiem

jest pokonanie wrogów. Nasza ojczyzna jest w naszych sercach,

w naszych umysłach. Przed nami droga, którą musimy pokonać

z całą stanowczością, z całą bezwzględnością, tak aby to, co

kwitnie w naszych sercach i umysłach po wieczność, urzeczywistniło

się w bycie pokoleń, które nadejdą po nas. Jesteśmy na

początku tej drogi i nie pokonamy jej, jeśli nie będziemy twardzi,

nieustraszeni i scaleni jedną, wspólną myślą. Nasza jedność

nie może mieć żadnej rysy, żadnej słabości, gdyż jesteśmy tylko

narzędziem, jesteśmy jedną maszyną, jednym organizmem. Jesteśmy

jednością.

    Zamilkł, a my wchłanialiśmy jego słowa. Były naszymi słowami.

Były wyryte w naszych duszach, a on je tylko odczytywał.

– Nasza siła się rozpadnie, gdy będzie toczył nas rak nieposłuszeństwa

– kontynuował – nowotwór indywidualnych zachcianek,

gdy będziemy ulegać podszeptom chciwości czy pokusom niesubordynacji.

Wróg tylko na to czeka. Czeka na naszą słabość, na rysę

w naszej jedności. Nie możemy na to pozwolić, gdyż jeśli na to

pozwolimy, nasze marzenia, nasze prawdziwe pragnienia sczezną,

zanim zdążą się urzeczywistnić. Dzisiaj radość zwycięstwa, jednego

z wielu, które będzie naszym udziałem, jeśli nie zboczymy

z właściwej drogi, została przesłonięta przez zachowanie wielu

z was. Zachowanie, które może się wydawać błahostką, ale nią

nie jest. Jest jak pęknięcie, od którego runie tama na rzece, lub

zadrapanie, które przerodzi się w gangrenę.

    Tak bardzo pragnąłem, żeby mnie wybrał, żebym to właśnie

ja mógł wyjąć dowód mojej winy i odrzucić precz ten przeklęty

łańcuszek. Pragnąłem paść na ziemię i umrzeć, odkupując winę,

a umierając, błagać o przebaczenie dla wszystkich moich towarzyszy

broni. Chciałem własną krwią zasklepić skazę na naszej jedności.

Czekałem na jego słowa, na jego werdykt, decyzję. Śmierć

należała się nam wszystkim, ale Stammführer nakazał losowanie.

Najpierw wylosowano pułk, później batalion, pluton, a na końcu

– drużynę Karmiego Akana.

    Znałem Karmiego. Byliśmy z tego samego batalionu. Radosny

typ. Nawet w mrocznych chwilach umiał rozbawić największych

ponuraków. W walce można było na nim polegać. Bez

reszty oddany naszej sprawie. Spojrzałem na niego. Stał raptem

parę metrów ode mnie. Uśmiechał się, ale nie takim rechotliwym

uśmiechem po spłataniu głupiego figla, ale tak, jakby wygrał na

loterii. Zazdrościłem mu. Wszyscy mu zazdrościliśmy. Wystąpił

kilka kroków przed szereg.

    Stammführer miał powody do zmartwień. Na tym wielkim

zwycięstwie, zdobyciu tego przeklętego miasta kładły się cieniem

nie tylko nasze winy, ale też porażka grupy patrolowej, która

wpadła w zasadzkę. Straciliśmy kilkudziesięciu dobrych żołnierzy.

Nasz dowódca wiedział, że te dwa z pozoru niepowiązane

ze sobą zdarzenia łączy silna więź, że za oboma stoi ten sam

podskórny proces rozkładu, który musi zostać wypalony tu i teraz,

bo tylko wtedy podbijemy naszą ojczyznę, nasz Lebensland.

Chciał, żebyśmy my też to zrozumieli, żebyśmy wiedzieli i czuli,

że jeśli sprzeniewierzymy się nawet najbardziej niepozornym

rozkazom, to w konsekwencji skażemy się na porażkę. Zrozumiałem

to. Czułem to całym ciałem. Czułem to skórą, włosami,

sercem. Wchłaniałem tę wiedzę z każdym oddechem.

– Synu mój – zwrócił się Stammführer Józef Efreim do Karmiego

Akana – wyznaj swe winy. Co uczyniłeś? Czym zawiniłeś?

Niczego nie ukrywaj przede mną i towarzyszami broni.

– Istotnie zawiniłem – odrzekł Karim. – Przeciw tobie zawiniłem,

przeciw moim towarzyszom, przeciw naszej ojczyźnie.

Przywłaszczyłem rzeczy, które nie należą do mnie i które do mnie

należeć nie powinny. Piękny zegarek i złotą bransoletkę. Ukryłem

je w namiocie, pod materacem.

    Stammführer wysłał do namiotu Karima kilku żołnierzy. Wrócili

z zegarkiem i bransoletką. Następnie z każdego plutonu wybrano

jednego żołnierza. Z mojego padło na mnie. Zeszliśmy

w dolinę – ci wybrani i drużyna Karima.

    Drużyna Karima, dziewięciu twardych chłopaków, stanęła pod

skałą. Rozstrzelaliśmy ich. Gdy celowałem w serce Karima, widziałem,

jak do mnie mrugnął. Ciała przysypaliśmy kamieniami.

W następnych miesiącach odnieśliśmy dziesiątki zwycięstw,

pokonaliśmy wielu wrogów, zdobywaliśmy miasta, fortece,

jakieś naprędce sklecane koalicje. Nikogo nie oszczędzaliśmy.

Karabinami oczyściliśmy naszą ojczyznę i zbudowaliśmy nasz

świat.


Wziął więc Jozue Akana, syna Zeracha, srebro, płaszcz i pręt złoty,

jego synów i córki, jego woły, osły i owce, jego namiot i wszystko, co

do niego należało. (…) I wszyscy Izraelici go ukamienowali, a ich

spalili i obrzucili kamieniami.

Joz 7, 24–25