wtorek, 6 marca 2018

Miało byc o piramidzie a wyszło o kamieniach, złocie i zaklętej w nich całkiem nieżywej nieśmiertelności

Nie jestem pewien, ale mam wrażenie, że od dawien dawna, a pisząc od dawien dawna, piszę o tysiącach a nie dziesiątkach lat, pochówek miał istotne znaczenie. Szczególnie istotne, dla tych , którzy byli sławni i bogaci, sławą i bogactwem dostosowanym do ich własnych czasów. Może dla tych mniej sławnych i bogatych, też miał, ale brak sławy i bogactwa, nie pozwalał na pochówkowe szaleństwa. Ci sławni i bogaci, mieli, jak sądzę, trochę skrzywioną perspektywę i trudno im było pogodzić się, że po śmierci przestaną być sławni i bogaci, a zgniją jak ci zwykli, najzwyklejsi, co przecież mogło rozwalić każdy hierarchiczną strukturę społeczną, gdyby ci niżsi dostrzegliby podobieństwa zgnilizn. Żeby utrzymać porządek i utrwalić wieczną tradycję, należy właściwym zmarłym zapewnić właściwą pośmiertną odprawę. Taką, żeby po wsze czasy, każdy mógł stwierdzić, że tu spoczywa nie jakiś tam kmiot co pasał gęsi, ale prawdziwy Heniek Zdobywca, który podbił siedem wiosek, zgwałcił piętnaście kobiet i trzech chłopców, porywał w niewolę i przywłaszczał krowy.

Można oczywiście zrobić odpowiednią oprawę: fanfary i sztuczne ognie, kolorowe orszaki i tłumy na miarę możliwości. Ale pamięć ludzka jest słaba, zawodna i trudno wyobrazić sobie, że ktoś za milion lat będzie pamiętał, jaki ten Heniek miał zajebisty pogrzeb. Można trochę wspomóc pamięć i układać pieśni o gwałtach i porywanych krowach, okraszając to smokami, siedmioma górami i Jormungandem, można snuć opowieści o rodowodach sięgających Odyna czy Ozyrysa. Dobre pieśni i niezłe rodowody potrafią trwać. Ale zawsze wątpliwość wkradnie się w Heńka ducha: czy aby to jest wystarczające trwanie? Heniek głupi nie jest, słyszy, jak pieśni o całkiem niedawnych bohaterach śpiewane są rzadziej i z mniejszym zaangażowaniem a postacie w rodowodach blakną. 
 
Heniek Zdobywca musi sięgnąć po coś więcej, coś co nigdy nie przeminie, coś co upamiętni jego wyjątkowość i rozpanoszone ego po sam horyzont zdarzeń. I w końcu znajduje odpowiedź: kamień i złoto. Czyli najlepiej zostać pochowanym z mnóstwem złota pod stertą kamieni. Ta sterta ma podwójną funkcję (ma jeszcze kilka ale w tym kontekście ma te dwie): trudno ją rozwalić zwykłymi środkami i trudno dostać się do złota, które przecież ma mu towarzyszyć po wsze czasy, a leżąc sobie zmarłym, trudno opędzać się od rzezimieszków i plądrowników. I tak jakoś się złożyło, że zaczęło się niewielkich kurhanów, kamiennych kręgów, coraz większe kurhanów i większych kamieni a skończyło na ponad 6 000 000 000 kilogramów kamienia, co i tak na niewiele się zdało, przynajmniej w kwestii złota. 
 
Myśl, że Heniek jakiś czasów przetrwa po wsze czasu w kamieniu i złoci, nie daje spokojnie zasnąć innym Heńkom, którzy także poczuli zew swej wyjątkowość i ścierpieć nie mogą zawodności pamięci i tępią złych Heńków a ciosają tych dobrych, bo na odpowiednią ilość złota nie mogą sobie pozwolić. Mają coś więcej niż nadzieję, że ich wyjątkowość także spotka się ze zrozumieniem Heńków następnych a zwyczajność ich śmierci i murszejące pokłady pamięci da się przeciwstawić trwałości uszlachetnionych materiałów naturalnych.

Tak to właśnie jest. Miałem napisać o czymś zupełnie innym a zagłębiłem się w wielkość wielkich i obraziłem wielu Henryków, za co przepraszam. Planowałem napisać o piramidzie. W takim razie o piramidzie napiszę następny wpis a ten niech będzie nazbyt rozbudowanym wstępem, a jednocześnie samodzielnością, ze wstępem, całym szajsem w środku i błyskotliwą puentą.

sobota, 24 lutego 2018

Prawie pochwała polowań

Dla wielu myśliwi to wrogowi najgorsi. Co skłania mnie to delikatnego oblizania tematu. Do owego polizania muszę przyjąć założenie natury etycznej. Oto one:
Działania polegające na ograniczeniu cierpienia zwierząt są pozytywne.
Muszę także przyjąć dodatkowy warunek brzegowy:
Za zwierzęta uznaję (nie tak w ogóle, ale na potrzeby tego tekstu) zwierzęta (tu w znaczeniu ogólnym), od pewnego stopnia rozwoju ewolucyjnego. Czyli wyłączam komary, muchy i miliony innych stworzeń, które, jak większość przedstawicieli homo sapiens, uśmiercam niechcący, mimochodem, przypadkiem a czasem całkiem celowo. Natrafiam tu na pewną trudność, gdyż nie wiem, gdzie mógłbym postawić stosowną granicę, jak mógłbym ją precyzyjnie ustalić i jakimi kryteriami powinienem się kierować. Wydaje mi się, że jest to niemożliwe a każda graniczna decyzja jest arbitralna. Arbitralnie stawiam granicę pomiędzy kręgowcami i bezkręgowcami, zdając sobie sprawę, że może to być bardzo krzywdzące dla niektórych głowonogów.
Konsekwencją powyższego założenia i przyjętego warunku brzegowego jest to, że każda osoba zadaje cierpienie zwierzęciu. Poza weganami oczywiście, co czyni wegan jedynymi w pełni moralnie uprawnionymi osobami do krytykowania myśliwych. Mogę oczywiście zadać sobie trochę trudu i obalić także tę tezę opierając się na wpływie działań pośrednich, które nie uwolni nikogo o przyczyniania się do cierpienia zwierząt. Podobnie jak nawet najbardziej świętobliwe życie przyczynia się do cierpienia innych ludzi. Ale zostawię to, żeby nie rozpisywać się za bardzo i komplikować sprawy. Czyli jeszcze raz: jedynie weganie nie zadają cierpienia zwierzętom i w związku z tym tylko oni mają moralne prawo krytykować myśliwych (zawsze oczywiście można zakwestionować to wynikanie, gdyż właściwie logicznie jest błędne).
Teraz muszę napisać coś o myśliwych. Myśliwy to osobnik, który za pomocą broni pozbawia życia zwierzę, a następnie on sam lub jego koledzy, koleżanki, znajomi, klienci czyli jacyś inni ludzie to zabite zwierzę konsumują. Ta definicja wyłącza z grona myśliwych np. norowców, których działanie jest skierowane wyłącznie na akt zabicia i zadania cierpienia, czy tych, którzy polują zwierzęta niejadalne lub niejadane (np. lisy). Innymi słowy, według tej definicji, myśliwy (w rozumieniu powszechnym) czasami przestaje być myśliwym.
W społeczeństwach zachodnich nieweganie zjadają mięso lub produkty pochodzenia zwierzęcego (mleko, sery, jajka) pochodzące przede wszystkim z hodowli i w przypadku ryb z połowu. Teraz trzeba na szali postawić cierpienie zwierząt, bo zadaniem jest minimalizowanie tegoż, gdyż założyłem, że jest to moralnie właściwe a celem jest dążenie do moralnej właściwości. Czyli należy położyć na cierpiętniczej szali cierpienie zastrzeliwanej sarny i cierpienie krowy mlecznej, świni mięsnej czy kury na skrzydełka albo na jajka. Wymiarowanie cierpienia ma tę niewdzięczną cechę, że jest subiektywne a cierpienie zwierząt jest zwierzęco subiektywne a jego określenie jest projektowaniem subiektywnego ludzkiego cierpienia na wyobrażone lecz rzeczywiste, ale trudne do określenia cierpienia zwierzęcia. Można jednak zakładać, że polowanie od etapu początkowego, w które zwierzę już zostało zaangażowane do etapu końcowego, czyli ostatecznego uśmiercenia jest zadawaniem tej sarnie czy innemu jeleniowi cierpienia. Nie za bardzo znam się na polowaniach, ale zakładam, że zadawanie cierpienia zwierzęciu liczone jest w sekundach czy minutach i tylko w wyjątkowych wypadkach w godzinach. Te wyjątkowe wypadki, mają miejsce wtedy, gdy polujący spieprzy robotę, co się czasami zdarza. Efektem końcowym jest śmierć zwierzęcia. Na drugiej szali mamy na przykład świnię hodowaną na mięso, która właściwie od początku swojego życia cierpi, a później i tak jest zabijana, a sam proces zabijania od momentu wyjazdu do rzeźni do samego uśmiercenia jest długi i często liczony w godzinach. Czasami uśmiercenie nie przebiega gładko i sprawnie (tym razem rzeźnik spieprzył robotę) ale (przynajmniej mam taką nadzieję), są to przypadki sporadyczne. Innymi słowy sarna biega sobie po lesie w swojej sarnie szczęśliwości aż spotyka myśliwego, który ją zabija albo mamy świnię, która w w zupełnie nieświńskich warunkach żyje przez kilka miesięcy, co prowadzi mnie do konkluzji, że mając wybór pomiędzy życiem sarny i życiem świni wybrałbym jednak życie sarny. Tylko, że wagą cierpienia uczyniłem czas: dłuższe cierpienie równa się większe cierpienie, przy założeniu podobnej jego intensywności. Jednak czas nie może być jedynym miernikiem cierpienia.
Czas ma tę przyjemną właściwość, że daje się łatwo mechanicznie zobiektywizować. Pozostałe właściwości cierpienia, są obarczone jest silną antropomorfizacją. Nawet bawiąc się w laboratorium i przeprowadzając okrutne doświadczenia aby zbadać ich wpływ na funkcjonowanie organizmu (od tętna po aktywność mózgu) musimy je przełożyć na jakiś wzorzec cierpienia. Ale nawet czas jest projektowaniem czasu ludzkiego na czas zwierzęcia. Konieczne byłoby także dodanie skali cierpienia. Dzięki czemu moglibyśmy stworzyć funkcję określającą przebieg cierpienia w czasie i całkując ją otrzymać pewną wartość cierpienia dla indywidualnego przypadku. To łatwa droga, tylko, że: nie jestem pewnym, czy można porównywać czas sarny i czas świni, a już jestem pewien, że dużym błędem jest porównywanie cierpienia sarny i kury.
W każdym razie kilka powyższych uwag wyrażają trudność obiektywizowania cierpienia. Zmusza to przyjęcia jakiś założeń cierpiętniczych, których nijak się nie da udowodnić. Posiłkując się przeczytanymi paroma książkami i obejrzanymi kilkoma filmami oraz głęboko się nad zastanowiwszy doszedłem do wniosku, że cierpienie większości zwierząt hodowlanych jest nieporównanie większe od cierpienia zwierząt upolowanych. Można podnieść argument, że taka, dajmy na to kura, nie za bardzo wie, że cierpi, bo nie ma porównania do wspaniałego życia na wolności, że się przyzwyczaiła, że wcale nie ma tak źle i z każdym rokiem (oczywiście nie ta jedna konkretna kura tylko kura w swej kurzej ogólności) ma coraz lepiej bo stosowane przepisy odpowiednio regulują poziom jej cierpienia.
Wynika z tego, że jedzenie dziczyzny wpłynęłoby na zmniejszenie sumarycznego cierpienia zwierząt. Jest w tym jednak pewien problem. Pobieżne przejrzenie statystyk pokazuje, że w Polsce wyhodowuje się niemal 100 kg mięsa na jednego obywatela. Próba zastąpienia takiej ilości przez dziczyznę byłaby dosyć trudna. I z moich skromnych wyliczeń wynika, że uwzględniając sarny, jelenie, dziki, daniele, trochę ptaków, trochę zajęcy - dziczyzny, przy zachowanej ilości konsumowanego mięsa, starczyłoby na kilka dni, może tydzień. Z tych samych statystyk można wyliczyć, że w Polsce w ciągu sekundy (24 godziny dziennie, 365 dni w roku) uśmiercanych jest kilka zwierząt. Statystkę podwyższają kury, ale gdyby nawet uwzględnić same świnie, to jedna jest zabijana co kilka sekund (jak dzień, noc i rok długi i szeroki). Na każdego statystycznego obywatela rocznie zabijana jest prawie cała świnia i całkiem spore stado kuraków.
Dobra. Czyli każdy statystyczny obywatel (w tym myśliwy; chyba, że myśliwy jest weganinem) w sposób pośredni zabija całkiem potężne stado zwierząt i produkuje całe morze zwierzęcego cierpienia (myśliwy dodatkowo, ma udział w zabijaniu i zadawaniu cierpienia zwierzętom niehodowlanym).
Pozostaje więc pytanie dlaczego myśliwy to dla wielu wróg najgorszy? I przyszło mi do głowy kilka niezbyt odkrywczych teorii na ten temat, które bardziej traktują o tych, którzy jedzą „normalne” mięso. Oto one:
1. Konsumenci mięsa nie dostrzegają w sposób emocjonalny związku pomiędzy kotletem a cierpieniem zwierzęcia; w przypadku myślistwa związek ten jest oczywisty.
2. Mięso jest produktem, takim jak telewizor albo kosiarka. Pomimo oczywistego związku kotleta ze świnią, związek ten nie funkcjonuje w sferze świadomości. Trudno to samo powiedzieć o sarninie.
3. Język wzmacnia punkt drugi. Skrzydełka nie są skrzydłami, tylko czymś co chrupie się z tekturowego pojemnika.
4. Sarny i jelenie (i pozostałe leśne futrzaki) są ładne. Mają sarnie oczy i dostojnie biegają po łąkach. Można o nich nakręcić wzruszający film przyrodniczy albo jeszcze bardziej wzruszający film rysunkowy o jelonku Bambi. Dziki zwierzęta mają „twarz”, indywidualność, swoją historię, swoje życie, są u siebie w lesie. Nie należą do kategorii własności. Ich cierpienie jest wyżej wyceniane niż cierpienie świni. Wielokrotnie wyżej. To świadczy o tym, że są zwierzęta równe i równiejsze. To trochę tak jak z psami. A właściwie jedzeniem psów. Jedzenie psów jest postrzegane jako barbarzyństwo, ale nie bardzo różni się od jedzenia świni (napisałem o tym opowiadanie), co może powiedzieć każdy kto miał świnię w charakterze domowego pupila.
5. Myśliwi wokół swojej myśliwskiej działalności robią prawdziwą szopkę. Braterstwo strzelby, ceremonie przejścia i cały ten i śmieszny i okrutny szajs. Ze swojej działalności robią coś na kształt sekty albo neoplemienności, jak kto woli. „Zwykłe” mięso jest sprawą techniczną. Może i rzeźnicy lubią się wzajemnie, podobnie jak hodowcy, ale jest to ich zawód a nie coś niemal boskiego.
6. Myśliwi są postrzegani jako grupa uprzywilejowana i związana z elitą polityczną lub finansową. A właściwie będąca częścią tych elit. To historycznie uwarunkowane postrzeganie ma oczywiście silne odzwierciedlenie w rzeczywistości. Ta elitarność nie ma wysokich notowań.
7. Myśliwi wtrącają się w sprawy natury. Jeżeli dochodzimy do wniosku, że środowisko naturalne jest ważne to polowanie zakłóca naturalność tego środowiska: od regulacji liczby zwierząt są lisy, wilki, rysie i niedźwiedzie a nie myśliwi; natura sobie poradzi itd.
8. Myśliwi czerpią przyjemność z zabijania. Nie jest to zło konieczne („zwykłe” mięso), ale sprawianie sobie przyjemności z cierpienia tych, którzy nie mogą się bronić. W takiej sytuacji nie ma równowagi sił, zwierzę nie ma szans, a myśliwi często graja nie fair. To już nie jest indiańskie, wielogodzinne tropienie, w którym chodzi o przeżycie, ale fanaberia z ambony, paśniki i nęciska.
9. Myśliwi mają specjalne prawa, które stoją ponad prawami innych osób.

W związku z punktem siódmym dokonałem pewnych nieprecyzyjnych obliczeń. Założę, że liczebność zwierząt dzikich musi być ograniczana, gdyż lepiej żeby ginęły z wilczych zębów lub z dubeltówki, niż miałyby zdychać z głodu. Czyli sytuacją idealną jest samoregulacja w naturze. W Polsce mamy kilka gatunków drapieżników, z których tylko trzy (wilk, niedźwiedź i ryś) mogą polować na dorosłe osobniki jeleniowatych czy świniowatych. Ze względu na liczebność, ryś i niedźwiedź mają znaczenie marginalne. Pozostaje wilk. Jeżeli uznamy, że obecna populacja dużych zwierząt łownych (sarny, jelenie, dziki) jest na odpowiednim poziomie i jej dalszy wzrost spowodowałaby w krótkiej perspektywie niewydolność środowiska w ich wykarmieniu (należy pamiętać, że wzrost ich populacji w ostatnich kilkunastu latach jest więcej niż spektakularny - w przypadku większości gatunków kilkuset procentowy), to utrzymanie tych populacji na takim samym poziomie przy pomocy naturalnej działalności wilka oznaczałoby, że populacja wilka musiałaby wzrosnąć kilkadziesiąt razy – z obecnej około tysiąca do dwudziestu, trzydziestu tysięcy, co może jest i piękną perspektywą, ale niemal nierealną a na pewno długofalową. Wymagałaby ona powstania znacznej liczby większych skupisk leśnych, a więc zmniejszenia areału pól uprawnych, co jest możliwe jeśli zostałaby ograniczona produkcja roślinna na pasze, czyli zmniejszenie hodowli zwierząt.

W związku z punktem ósmym: pewnie myśliwi mają satysfakcję z zabijania, ale jedzący kotleta mają satysfakcję z jedzenia kotleta, czyli czują brzuszne zadowolenie z cierpienia zwierzęcia. To, że często sami nie byliby w stanie tego zwierzęcia zabić, niewiele tu zmienia. Powtórzę: jedzenie kotleta jest czerpaniem satysfakcji (pośrednim) z cierpienia zwierzęcia.

To tyle. Jak wspomniałem na początku to tylko liźniecie tematu, którego nie maiłem zamiaru wyczerpać, a jedynie pobieżnie zasygnalizować kilka wątków. Tematu, który jest ciekawy, bo bardzo wiele mówi o naturze ludzkiej, o tym, że pewne aspekty życia zostały odepchnięte od oczu i uszu i w związku z tym przestały istnieć.

Dodatek:
Przypomina mi się „afera” na temat małych świnek sprzedawanych w całości przez jedną z sieci hurtowych kilka lat temu (np. http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/440548,siec-makro-wycofuje-zafoliowane-prosiaki.html). Dla wielu taka świnka nie była odpowiednim produktem żywnościowym. Sieć wtedy wycofała się ze sprzedaży. Mała niemal uśmiechnięta świnka w całości to coś złego. Duża świnia w kotlecie to nic złego. Różnica pomiędzy tymi dwoma „produktami” polega na ich emocjonalnym postrzeganiu, a nie rzeczywistej różnicy.

Dodatek II
W jednym ze świąt muzułmańskich (Id al-Adha; święto ofiarowania) w wielu miejscach publicznie zarzynanych jest tysiące zwierząt. Krew leje się po ulicach, owoce drgają w konwulsjach albo grzecznie czekają na swoją kolej. To jeden z podnoszonych dowodów na barbarzyństwo wyznawców tej religii. To może być jednak dowód na hipokryzję naszego kręgu kulturowego – pewnych rzeczy nie robimy publicznie: od tego są specjalne, zamknięte budynki, więc właściwie nie robimy tego wcale.

Dodatek III
Wilki powróciły do puszczy Kampinoskiej po 50 latach. Zanim wróciły ostatnia wilczyca z młodymi została zatłuczona kijami w połowie lat sześćdziesiątych.

sobota, 3 lutego 2018

Narzekanie

Krótkie narzekanie. Próbuję uciec od politycznej czy społecznej chwilowości i patrzeć na otaczająca mnie rzeczywistość z pewnego oddalenia. Nie zajmować myśli wydarzeniami dnia, pomimo tego, że stanowią część większego procesu. Ucieczka ta jest trudna, jeśli nie skazana na niepowodzenie. Napisałem o polityczności w jednym z blogowych wpisów. O tym, że włazi i rozpycha się i nie daje odpocząć. Ale przyjąłem pewne założenie: nie komentuję (może powinienem?) leśnych tortów z czekoladowymi wafelkami, ani nagonki rodem z 68 roku, czasów tuż powojennych (II wojna świat.), czy dwudziestolecia międzywojennego, ani historii pisanej paragrafami ani nie silę się na ekspercką znajomość himalaizmu zimowego, nie wypowiadam się na temat butów ani płaszczy modnych tej zimy i noszonych przez wiadomo kogo, staram się omijać szerokim łukiem własne chętki do tragikomicznego naigrywania się z postaci, które są idealnymi kandydatami do tragikomicznego naigrywania się z nich, pomimo tego, że miliony ludzi w nich wierzy i nie dostrzega ich tragikomizmu, nie wspominam o ludziach przesiąkniętych jadem i myślących tym jadem, ani całej armii przyklaskiwaczy, a nawet o całej masie tych uwznioślonych wiarą we własną rację i nawet nie dopuszczających myśli o racji innych, gdyż myśli innych muszą krążyć w oparach absurdu i błędów. 

Ale do kurwy nędzy, jak wiedzę słowo naród i narodowy odmieniany na wszelkie możliwe sposoby i we wszystkich możliwych kontekstach, to mam ochotę wyć.

piątek, 5 stycznia 2018

Susłowanie WSKi, czyli o lotniskach, motorach, Świdniku, ochronie, wymieraniu i ekobio

Gdy jesteś wielbicielem ziarna stajesz się susłem. A suseł to taka naziemna i z wyglądu sympatyczna wiewiórka. Może nie wiewiórka, ale do wiewiórki całkiem podobna. W naszym wspaniałym dumnym kraju występują dwa gatunki susłów: moręgowany i perełkowany. Występują to może za dużo powiedziane: moręgowany wyginął a perełkowany ledwie dyszy. Moręgowany trzymał się całkiem nieźle, ale w końcu rozwój, postęp, wzrost HDI i oranie skutecznie i błyskawicznie wytrzebiły całą populację. Miłośnicy susłów moręgowanych uznawszy, że jest całkiem spoko gryzoniem postanowili spróbować zaprosić je z powrotem, odnosząc przy tym pewne sukcesy.
Drugi gatunek susła, z tych susłów występujących w naszym dumnym kraju, to suseł perełkowany. Przetrwał on w kilku miejscach, ale nie można napisać, że ma się świetnie. 
 
Susły są nietypowymi zwierzętami, gdyż jako nieliczne są lotniskolubne, chociaż wolą te lotniska mniej uczęszczane. Kilka susłów perełkowanych na widok pewnego lotniska tak się podekscytowało, że dały drapaka z ogródków działkowych, w których znalazły się wbrew własnej woli. Zwiały (nie jest do końca jasne, jak to było) i utworzyły największą kolonię. W szczycie liczyła ponad dwanaście tysięcy susłów, czyli dużo susłów lotniskowych. Na nieszczęście dla susłów i szczęście dla podróżnych lotnisko przestałe być przyjazne susłom. Całkiem przypadkowe niezbyt zimowe zimy także susłom nie sprzyjały więc w ciągu kilku lat z dwunastu tysięcy zrobiło się nie wiadomo ile, ale mało (kilkadziesiąt). I znowu trzeba zapraszać susła z innych miejsc, ale tym razem dotyczy to susła perełkowanego. Co ciekawe susły to zwierzęta, które sprzyjają eko-mleko-mięso-hodowli. Suseł czuje się dobrze tam, gdzie krowa wychodzi się popaść a nie tam gdzie krowa stoi w jednym miejscu przez całe swoje gówno warte życie. Co oznacza, że popijając ekomleko, zjadając ekobioser i podsmażająć bioekowołowinę przyczyniamy się do dobrostanu susła (pod warunkiem, że krowa mieszkał/mieszkała w południowo-wschodniej RP).

Lotnisko, na którym susłowi perełkowanemu było tak dobrze to lotnisko w Świdniku, czyli prawie Lublinie, czyli lotnisko Lublin (LUZ). Lotnisko Lublin w Świdniku, jest położone w Świdniku, czyli mieście, w które słynie z produkcji urządzeń do latania skonstruowanych przez pewnego francuskiego producenta rowerów, który niemal czterdzieści lat od udanego kilkudziesięciosekundowego (i, nie ukrywajmy, niezbyt wysokiego) lotu zginął zbombardowanych przez połączone siły antyniemieckie. Innymi słowy Świdnik słynie z śmigłowców, produkowanych przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego „PZL-Świdnik” SA, zwaną kiedyś po prostu WSK Świdnik i położoną przy Alei Lotników (oczywiście) Polskich 1 i należącą przede wszystkim do Leonardo S.p.A. (w dobrym tonie byłaby zmiana nazwy alei na Lotników Polskich i Włoskich). Nazwa Leonardo wzięła się, jak mniemam, od Leonarda do Vinci, który pierwszy wpadł na pomysł z helikopterem, ale nie doczekał się odzwierciedlenia swojego pomysłu w materialności latającej. Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego w swojej zamierzchłej przeszłości produkowała także motocykle, zwane powszechnie wueskami. 

I tak to poczynając od susłów i ich wymierania dotarłem okrężną drogą do tytułu mojej powieści, którą napisałem, która trawi się po męczącej redakcji (będąc na miejscu redaktorki, rzucałbym w siebie potężnymi dawkami słów powszechnie uważanych za obelżywe), i którą mam nadzieję będzie można przeczytać z początkiem wiosny. Ten tajemniczy tytuł to: WSK.

czwartek, 28 grudnia 2017

życzenia

Książkowych sukcesów (pisanych i czytanych), udanych zakupów, głębokich przemyśleń, wspaniałych widoków, awarii sieci komórkowych, grzecznego smoga i porządnej szczypty namiętności
Oczywiście życzenia noworoczne od Harera nie mają sensu. Harer jest w Etiopii a Nowy rok w Etiopii wypada 11 września. 

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Palenie, płody i matematyka w służbie

O języku i paleniu, czyli przekazy podprogowe (nic o Harerze). 
 
Będzie banalnie. Język komunikuje. Przekazuje treść. Podręczniki szkolne przekazują wiedzę i przekazują treści ukryte (zadanie z matematyki: „W sklepie zapowiedziano sezonową obniżkę cen o 15%. Buty kosztowały 250 zł. Ile będą kosztować po obniżce?” Źródło: http://matematyka.opracowania.pl/gimnazjum/obliczanie_procentu_danej_liczby/; pierwszy wynik w google), które mogą odzwierciedlać, jak i (nieświadomie lub świadomie) kreować rzeczywistość. Innymi słowy nauka szkolna jest ideologiczna. Komunikacja, informacja niemal zawsze ukrywa, czasami zależnie czasami niezależnie od autora komunikatu, treści, które są obok głównego przekazu. Jeśli powiem, że jest świetna okazja bo jakiś tam telefon kosztuje tylko xxx, a kosztował yyy; to oczywiście odbiorca komunikatu dowiedział się o cenie, ale też ktoś obok mógł wiele dowiedzieć o rzeczywistości, w której się znajdujemy (konsumpcjonizm, kapitalizm, telefon jako wartość itd.).

Po tym wstępnie przejdę do palenia. Palacze zostali zobowiązani do oglądania na paczkach papierosów mniej lub bardziej sympatycznych zdjęć umierania i chorowania, chociaż nie wiem dlaczego na samochodach nie ma zdjęć z wypadków, chorób wywołanych zanieczyszczeniem środowiska i grabieżczą eksploatacją planety. Pod jednym ze zdjęć na paczce papierosów jest taki napis: „Paleniem możesz zabić swoje nienarodzone dziecko”. O ile jednak: „Palenie zwiększa ryzyko utraty wzroku”, wydaje się naukową, ostrzegawczą informacją o ryzyku, to o tym nienarodzonym dziecku, już taką nie jest. Sformułowanie „nienarodzone dziecko” ma charakter ideologiczny i jest ściśle związane z pewną określoną świadomością, która wcale nie musi być powszechna a z pewnością nie musi być uznana przez wszystkich. Palaczowi nie dano wyboru, czy ma ochotę palić zwiększając ryzyko uszkodzenia płodu czy może jednak potencjalnie zabijając nienarodzone dziecko, czyli właściwie dziecko. W ten sposób, niewinnie sobie paląc, powoli palacz jest indoktrynowany i jeśli do tej pory o płodzie myślał jako o płodzie, to teraz może zacząć myśleć o nim, jako o dziecku.

wtorek, 31 października 2017

o pisaniu listów, upływie czasu, pięćdziesięciu latach, smoku, jaźni odzwierciedlonej i Lemie

Czytam sobie Wojciecha Orlińskiego ‘Lem. Zycie nie z tej Ziemi’. Przymierzam się do napisania SF więc o Lemie warto przeczytać a i same utwory przypomnieć. Ale nie o tym. Biografia Lema jest też biografią pewnego kręgu osób z Lemem związanych. Pisarski krąg. Działo się to zamierzchłych czasach dinozaurów a przynajmniej smoka wawelskiego i paru dziewic czyli w latach sześćdziesiątych. Co ci ludzi (krąg) robili? Nie wliczając życia dniem codziennym: pisali sztukę, spotykali się prawie codziennie i korespondowali. Dużo korespondowali. Ma się wrażanie, że wymiana listów furczała, listonoszom mdlały nogi i drżały ręce. Orliński garściami czerpał z tej korespondencji próbując otworzyć nie tylko co się w życiu Lema działo ale i to co się działo w jego głowie. Trudne zadanie. Ale nie tym. Pisali do siebie o wszystkim: o pisaniu, o czytaniu, wydawaniu, o myślach swych i kłopotach z przedmiotami i podmiotami życia codziennego. O wszystkim pisali. Pisali do siebie wzajemnie, o sobie i o tych, do których właśnie nie pisali. Na podstawie tych listów można dużo się o nich dowiedzieć, bo były to też listy intymne. Nie to, że o razu genitalna ale pisane do drugiego człowieka, a nie do publikacji dla całego świata i najbliższych okolic (co nasuwa mi myśl, że może nie powinno się wydawać prywatnej korespondencji kogokolwiek, żadnych miłosnych i romantycznych, ani przyjacielskich ni nienawistnych; to jednak wciąż prywatna korespondencja, nawet jeśli ucierpiałaby nasza wiedza na temat; ale nie o tym)
 
Taka mnie nasza wyjątkowej głębokości myśl, że to pisanie było interakcją. Spotkaniem. Realnym wymianą pomiędzy realnymi osobami o których wie się, że są łyse i lubią jeździć na nartach, palą fajkę i psują im się samochody. Listy, w swojej papierowej formie, zanikły, ale ich nowe, elektroniczne objawienie jest jak najbardziej listem. Tylko kto w tych nowych listach pisze do drugiego człowieka o tych problemach z przedmiotami i podmiotami życia codziennego, o tych wielkich i małych sprawach. Chyba niewielu. Zamiast tego wypuszcza się wiadomość do świata, wiadomość która może dotrzeć do wielu miejsc na świecie, do kilku miliardów ludzi (nie będę pisał, że do każdego i wszędzie, bo to takie nieprawdziwe pieprzenie). Jest to rozmowa korespondencja jednokierunkowa w której odzew jest szczątkowy i równie anonimowy. Jest to korespondencja z wirtualnym człowiekiem, który jest i go nie ma. Nie z kimś, z którym dwa dni wcześniej chodziło się po górach i dyskutowało te kwestie i teraz chce się je uzupełnić, dopowiedzieć, uściślić, ale z kimś kto nie istnieje i istnieje jednocześnie. 

Ale ta chęć wyrzucenia z siebie myśli i słów jawi się jako potrzeba, ale nie ma nikogo konkretnego do kogo można napisać, więc pisze się w świat. Do każdego i do nikogo. Zawsze (prawie) jest jakiś odzew, zawsze ktoś polubi, ktoś skomentuje. Ktoś. Ale nie wiadomo, czy będzie to Michał czy Małgosia, Ivan czy John. Ale ten odzew jest potrzebny, niezbędny. Jest informacją, że ktoś nas słucha. I teraz po pięćdziesięciu latach nie musi to być konkretny Jacek, ale jakiś tam Jacek. Pisząc do tego niekonkretnego przyjaciela, to wiemy, że on nie wie o naszych słabościach i niewiele go obchodzą nasze problemy z cieknącym kranem, więc konstruujemy siebie na podobieństwo naszego wyobrażonego obrazu w wyobraźni jakiegoś ustatystykowanego kogoś, który jest i jednostką i tłumem. Konstruujemy bardziej niż zwykle, nawet musimy konstruować prywatność, żeby treść naszych treści uatrakcyjnić i nawiązać obfitą jednostronną korespondencję z odzewem.