piątek, 1 listopada 2024

Tym razem cztery opowiadania

 Tym razem cztery opowiadania (z których dwa bardzo lubię (i są, jak sądzę, całkiem niezłe): czyli „Doktor Strangelove” i „Mój przyjaciel świnia”) : „Mój przyjaciel świnia”, „Już nie boję się śmierci”, „Historia dobrej kawy, drobnego udaru, zagubionego miasta i tajemnicy żółtych zębów”, „Doktor Strangelove”.

Info:

Postanowiłem udostępnić moje opowiadania (pierwszą książkę). Jak komuś zależy na papierze albo ebooku (legimi, empik) to znajdzie z łatwością. A jak nie zależy i ma ochotę przeczytać to w najbliższych tygodniach wrzucę wszystkie opowiadania ze zbioru: "Ja, mój wróg". Książkę wydałem w 2015 roku ale opowiadania sięgają początków mojego borykania się z pisaniem (proszę więc o wybaczenie; jeszcze nie wiem, za co; ale coś się pewnie znajdzie; byłem wtedy prawie dzieckiem): część powstała w latach dziewięćdziesiątych (XX wieku dla precyzji). 

Technikalia:

Projekt okładki: Krzysztof Krawiec

Redakcja: Alicja Bojko

Korekta: Składnica Literacka

Skład i łamanie: Krzysztof Szporak

© Copyright by Rafał Harer

ISBN 978-83-942113-0-1


Mój przyjaciel świnia

Dobre są kundlowate wilczury i lekko upodwórzowione rottweilery.

Te ostatnie mają tendencję do tycia, dzięki czemu śmiem

twierdzić, że są najlepsze. Nie pogardzam też spanielami, choć

ogólnie nie znoszę typowych psów myśliwskich. Są za bardzo wybiegane

i trzeba im poświęcić sporo czasu, aby osiągnąć w miarę

sensowny efekt. Pies nie powinien mieć więcej niż rok, bo gdy jest

starszy, to wymaga kunsztu mistrza, którego ja jestem pozbawiony.

Zawsze wyczuwają, że coś im zagraża. Mają swoją zwierzęcą inteligencję

i szanuję je również za to. Nie chcę zadawać im cierpienia

ani sprawiać bólu, dobrze je karmię, mają też spore podwórko,

po którym biegają. Do rozpłodu zostawiam takie sztuki, które są

mi prawie obojętne. Zupełnie obojętne nie są nigdy. Najszybciej

tracę te ulubione, na końcu – te najbardziej wkurzające. Wspominałem

już, że je szanuję. Nie czuję się od nich ani lepszy, ani gorszy.

Mam jednak świadomość, że jestem swego rodzaju bogiem. Mam

władzę – może nawet za dużą.

Wszystko zaczęło się przez dziadka. Zawsze miał wiele psów,

lecz niektóre z nich od czasu do czasu znikały. Rodzice nic mi

nie mówili. Sami w jakiejś mierze w tym uczestniczyli. Pewnie też

się zajadali, ale wyczuwałem ten ich wstyd, którego nie rozumiałem.

Uzmysłowiłem sobie, co się dzieje, gdy miałem trzynaście lat,

przed świętami wielkanocnymi. Pamiętam, że mieliśmy dziewięć

psów wieczorem, a tylko sześć rano. Stół w tamte święta był porządnie

zastawiony. Rodzice domyślali się, że ja wiem, ale milczeli.

Nieśmiało zjadłem kęs i – czego się nie spodziewałem i co mnie

zdziwiło – zasmakowało mi. Jeden z tych trzech psów miał na imię

Kacper. To niesamowite uczucie jeść coś, co ma imię.

Zawsze lubiłem zwierzęta. Za ich szczerość i prostolinijność

w zachowaniu. Nigdy nie kombinują za plecami. Są uczciwe.

Dziadek zaczął chyba podczas wojny, choć nigdy mi tego nie

powiedział. Czasami wyrywało się rodzicom lub jemu w trakcie

rodzinnych dyskusji, kiedy byli przekonani, że ja niczego nie

rozumiem. Nie rozumiałem, ale pamiętałem. Te ciche, jadowite

zdania tkwiły w mojej pamięci, aż pojąłem. Dziadek często kłócił

się z moim ojcem. Ojciec krzyczał, że wojna się skończyła, a dziadek

wrzeszczał, że dla niego nigdy się nie skończy. W czasie wojny

dziadek jadł szczury. O tym dowiedziałem się przy okazji jednej

z awantur. Dziadek siedział, paląc papierosa, a ojciec stał nad nim,

machał rękoma i krzyczał: „To się musi kiedyś skończyć!”.

Nie wiem, czy dziadek jadał szczury po wojnie, ale ja tak. Dwa

razy. Jednego złapałem w pułapkę, wybebeszyłem, odciąłem mu

głowę i ogon, po czym uwędziłem. Był pyszny. Drugi miał obrzydliwy

smak. Rozchorowałem się z jego powodu. Przez niego inne

szczury złapane w pułapkę się marnują. Zakopuję je. Szkoda. Myślałem

o tym, aby je gotować i dawać psom, ale w końcu z tego

zrezygnowałem.

Mam ciężki gumowy młot z długim trzonkiem. Wciągam psa

do kojca, w którym nie może się ruszać, i walę go w głowę z całych

sił. Jedno uderzenie wystarcza. Dobijać musiałem dwa razy. Zadawanie

cierpienia jest bez sensu. Usiłuję wierzyć, że nic nie czują.

Często płaczę. Szczególnie wtedy, gdy zabijam psa, którego bardzo

lubiłem. Tak jednak musi być. Odbieram mu życie, najadam się

i cierpię. Jakaś forma sprawiedliwości. Niedoskonała. Martwego

wyciągam z kojca. Zazwyczaj z uszu i nozdrzy płynie mu krew,

a jego oczy są otwarte. Staram się w nie nie patrzeć, ale nigdy nie

wytrzymuję i moje żywe, a jego martwe spojrzenie się krzyżują.

To trudne, lecz konieczne. Nie mogę ominąć żadnego etapu, aby

w pełni zasłużyć na posiłek. Następnie w piwnicy zawieszam psa,

odrąbawszy mu głowę. Odcinam łapy i ściągam skórę. Potem bebeszę

go i płuczę. Z ogona (oczywiście jeżeli nie odcięto mu go

wcześniej) zawsze gotuję zupę. Zjadam serce i móżdżek, a resztę

wnętrzności odrzucam. Wątróbka czy nereczki z psa są obrzydliwe.

Ze skóry robię dywanik – w ten sposób na zawsze zachowuję psa

w swojej pamięci. Jeżeli głowa nie została za bardzo zmasakrowana,

to czyszczę ją dokładnie ze wszystkiego, co może zgnić, troszkę

podklejam i suszę. Mam w piwnicy sto dwadzieścia trzy czaszki.

Najbardziej lubię psa uwędzić. Koniecznie w dymie z jałowca.

Robię kiełbasy, wędliny, kaszanki, kotlety, pieczenie, a nawet zasmażki,

które dodaję do warzywnych sałatek. Mięso psa można

smażyć, piec i gotować. Na jego bazie można przyrządzić doskonałą

zupę.

Psa można podać na wiele sposobów.

Od trzech tygodni ludzie wokół mnie zupełnie powariowali.

Mówią o mnie w telewizji. Nazywają mnie zwyrodnialcem. Jakaś

organizacja tępych ekologów, animalsów czy innych palantów złożyła

pismo w mojej sprawie do prokuratury. Zostałem zwolniony

z pracy. Istny cyrk. Tylko dlatego, że jem psy. Są smaczne. I już.

W prasie znalazłem około piętnastu artykułów o sobie. Okazało

się, że jestem potworem, zwierzęciem, ociekającym krwią mordercą.

Przyznają, że jeszcze by zrozumieli, gdybym był „jakimś biedakiem

mieszkającym w kanale ciepłowniczym albo na dworcu lub

pod mostem”, ale ja dysponuję „odpowiednimi środkami finansowymi

na zakup normalnych produktów żywnościowych”.

Któregoś dnia przyszli bez nakazu, bez niczego. Zabrali i wywieźli

mi wszystkie psy. Wszystkie. Ludzie na ulicy omijają mnie

szerokim łukiem. Dzieciaki rzucają we mnie kamieniami, a jedna

z sąsiadek, gdy spotkałem ją przypadkowo, wchodząc do sklepu,

w którym i tak mnie nie obsłużono, napluła mi w twarz. Jestem

spokojnym człowiekiem. Jadłem psy przez kilkadziesiąt lat.

Ta szmata, która wypuściła na mnie swoją flegmę, miała w koszyku

kiełbasę. Widziałem. Głupia kurwa. Gdy leżę w łóżku, mam

ochotę ją upiec i zjeść. Po chwili bierze mnie obrzydzenie, bo ja nie

zjadam wrogów, tylko przyjaciół. Szmata. Zresztą niech wszyscy

spierdalają. I tak będę jadł psy. I tak. Zamknęli je w schronisku.

U mnie miałyby przynajmniej kilka miesięcy przyjemnego życia.

A tam? Więzienie.

Jestem znienawidzony. Mam splamione dłonie. Nikt świadomy

mojej zbrodni nie poda mi ręki. Tak, mam dłonie splamione krwią

psów.

Jaka jest różnica między psiną a wołowiną? Ja wiem jaka. Psina

jest smaczniejsza. To jedyna różnica. Ale nikomu nie mogę tego

wytłumaczyć. Nikt nie chce słuchać. No i chuj, i tak będę jadł to,

co będę chciał.

Gdy narodzę się powtórnie, to mam nadzieję, że pod postacią

psa. I mam nadzieję, że ktoś, kto będzie mnie kochał, będzie mnie

tak kochał, żeby mnie zjeść.


Już nie boję się śmierci

Już nie boję się śmierci. Pewnego ranka strach odszedł ode mnie.

Obudziłem się i towarzyszący mi przez całe życie lęk zniknął.

Nie wierzę w życie pozagrobowe. Jestem realistą, materialistą, inżynierem.

Świat jest policzalny i zdeterminowany fizycznymi prawami.

My, ludzie, jesteśmy zwierzęcym gatunkiem. Różniącym się od innych,

ale zawsze i do końca tylko gatunkiem. Naszym przeznaczeniem jest

robić swoje najlepiej, jak się potrafi. Naszym przeznaczeniem jest spłodzić

potomka. Naszym przeznaczeniem jest umrzeć i rozłożyć się pod

ziemią. Albo zostać spalonym. Albo zatopionym. To wszystko nieważne.

Nieważne, co się stanie z martwym ciałem. Śmierć oznacza kres.

Takie są moje poglądy na wielkie egzystencjalne pytania.

Mam dwie córki – panie w sile wieku, matki i żony, mające

wieczne problemy ze swoimi dorosłymi dziećmi. Można z tego

wnioskować, że jestem stary. Zgadza się. Widzicie, jakie to łatwe?

Prosta zasada i prosty wniosek.

Jestem dobrym inżynierem i nieustannie pracuję. Może nie na

pełnych obrotach, może nie tak jak kiedyś, ale cały czas pozostaję

czynny. Doceniają mnie. Mam taką nadzieję. Od wielu lat dostaję

wcale nie najskromniejszą emeryturę, ale nadal chce mi się robić

to, co potrafię. Znam swoją wartość. Nie zależy mi na pieniądzach,

zależy mi na zajęciu, które umiem i mam ochotę wykonywać.

Pierwsze oznaki nadchodzącej starości widać, gdy ma się dwadzieścia

lat. Patrzy się na nie z przymrużeniem oka.

Przez wszystkie te lata nie przejmowałem się łysiną coraz szczelniej

otulającą moją głowę. Uważałem na zęby, dlatego nie mam nic

sztucznego w ustach. Chodziłem regularnie do lekarza i wszystko

to, co niebezpieczne, ominęło mnie albo zostało wykryte bardzo

wcześnie (rak prostaty) i pokonane. Po piętnastu latach palenia

rzuciłem to świństwo. Niezobowiązująco uprawiałem sport. Nadal

dużo spaceruję.

Czas jednak biegnie nieubłaganie i mój kres jest bliski. Wiem

o tym. Ale, jak wyżej napisałem, już nie boję się śmierci.

Czas biegł nieubłaganie i pewnego dnia dotarło do mnie, że

wejście po schodach, raptem na drugie piętro, przychodzi mi

z trudem i że muszę obmyślać strategię wchodzenia. Muszę planować,

gdzie zrobić przystanek, aby chwilę odsapnąć.

Tak. Pozwolę sobie użyć trywialnej przenośni: lont został

podpalony.

To był pierwszy objaw, który wywarł na mnie wrażenie (wtedy

jeszcze bałem się śmierci). Do tego pierwszego dołączały następne.

Wysiadały mi oczy. Słabły mięśnie i kości. Przejście kilometra zajmowało

mi pół godziny. Trzymałem się. Byłem twardy. I w końcu

zrozumiałem, że stałem się zgredem. Zniedołężniałym starcem.

Nie mogę utrzymać śliny w ustach. Ciągle nerwowo wycieram kąciki

ust w wyimaginowanej obawie, że jest tam coś niepożądanego.

Ludzie, którzy mnie otaczają, w sklepie czy na ulicy, zaczęli

mnie traktować jak jakiegoś zramolałego dziadka. Nie potrafię głośno

mówić. Przestałem być im równy. Politowanie? Może właśnie

to jest to słowo.

Wiecie, co wam powiem? W sumie mam to gdzieś. Najgorsze

jest to, że ja sam widzę, jak się rozpadam. Jak moje ciało się

degeneruje. Jak mój mózg ma coraz większe trudności z przypomnieniem

sobie czegoś. Jak proste niegdyś rzeczy dziś stanowią dla

mnie wyzwanie. Jak wspominam zdarzenia sprzed pięćdziesięciu

lat, lecz nie pamiętam o tych sprzed roku. Jak moje dawno dojrzałe

córki postrzegam jako jasnowłose dziewczynki biegające po działce

moich dawno nieżyjących rodziców. I jak za każdym razem się dziwię,

gdy zdaję sobie sprawę, że są ukrywającymi siwiznę paniami.

Jak moja skóra zaczyna przypominać wysuszoną, popękaną ziemię.

Nie chcę waszej pomocy, nie chcę opiekunki. Muszę patrzeć na

własny upadek.

I chciałbym wam powiedzieć, że to niesprawiedliwe. Tylko tyle.

To wszystko. Dziękuję państwu za uwagę.



Historia dobrej

kawy, drobnego udaru,

zagubionego miasta

i tajemnicy żółtych zębów

Małe miasto, w którym siedziałem przy nędznym, plastikowym

stoliku i piłem dobrą kawę z plastikowego kubka, odpychało

mnie. Cień z brudnego parasola nie zabezpieczał przed upałem.

Było duszno, przedburzowo. Kawa mi smakowała, ale piwo pachniało

szmatą do podłogi. Patrzyłem na przejeżdżające samochody

i zastanawiałem się, co mam zrobić. Najchętniej bym się wykąpał.

Może być prysznic, może być jezioro. Wszystko jedno. Chciałbym

zmienić bieliznę. Był środek tygodnia i w lokalu siedziało niewielu

klientów. Nie było to miasteczko turystyczne, więc zauważono

mnie, obcego. Upał i duchota zapewniały mi jednak spokój. Wyglądałem

mało korzystnie. Zarośnięty, rozczochrany i z pewnością

już z lekka woniejący. Wszystko przez tych dwóch skurwieli.

Niby zabrali mnie na stopa, ale raz, że pojechali nie tą trasą, którą

zapowiadali, a dwa – zostawili mnie w takim miejscu, że musiałem

iść w upale przez ponad trzy godziny, żeby w końcu tu trafić.

Odreagowywałem pod parasolem z kawą i stęchłym piwem, ale

i tak czułem się coraz gorzej. Spytałem blondynowatą barmankę

o nocleg, ale niczego konkretnego mi nie powiedziała. Byłem podejrzany.

Próbowałem dowiedzieć się czegokolwiek o najbliższej

stacji kolejowej. Okazało się, że było do niej dwadzieścia kilometrów.

Wystarczyło pójść na przystanek, o tam, trzysta metrów stąd,


i poczekać trochę. Rozważałem ten wysiłek. Od rana próbuję się

gdzieś dostać, przebyć niecałe dwieście kilometrów, ale teraz, gdy

siedzę z kawą i piwem, ten ostatni wysiłek, ta jazda autobusem,

a później jeszcze pociągiem, gdzie na końcu drogi znajdę prysznic

i nocleg, wydaje mi się nierzeczywista, nie do zrealizowania.

Byłem wykończony i nie miałem ochoty ruszyć się od tego

plastikowego stolika. Jeszcze raz zapytałem blondynowatą, tyjącą

kelnerkobarmankę o nocleg. Bąknęła coś o zajeździe U Marioli.

Nazwa zabrzmiała nadzwyczaj atrakcyjnie. W końcu po półgodzinie

udało mi się wyciągnąć z tej kobiety, jak tam dojść. Nie

mogłem zrozumieć, dlaczego tak trudno wyrwać od niej choćby

strzępek informacji.

Zajazd U Marioli okazał się biało tynkowanym dwupiętrowym

budynkiem, tylko trochę większym niż dom jednorodzinny. Musiałem

zapłacić z góry. W środku znajdował się senny, boazeryjny

bar z porożem jelenia i czterdziestoletnią barmanką w fartuchu,

która miała dziwny sposób poruszania się. Jej ruchy wyglądały

jakby były tikami. Przypominały drgawki żaby drażnionej prądem.

Zajazd mieścił osiem pokoi dwuosobowych oraz, co odkryłem po

półgodzinie i w trakcie drugiego piwa, co najmniej jedną kurwę.

Z błyszczącego sprzętu wylewała się jęczliwa muzyka, której nie

znosiłem, przeplatana jeszcze gorszymi hitami z lat siedemdziesiątych

i osiemdziesiątych. Jednak twardo trwałem w swoim fotelu.

Było tu chłodniej, wybór piwa był większy, łóżko piętro wyżej zapowiadało

przyjemny sen, byłem czysty, ogolony, miałem na sobie

świeży T-shirt, a na stopach – klapki. Zbliżała się dziesiąta, gdy do

baru weszła kelnerkobarmanka z poprzedniej knajpy. Stanęła przy

barze. Cóż za metamorfoza! Makijaż, obcisła sukienka, wydekoltowana

na górze i luźna na dole, prawie przykrywająca koronkę pończoch,

a na deser – buty na wysokim obcasie. Kilka razy zniknęła

na półgodzinne seanse z rzadkimi gośćmi zajazdu, którzy wpadali

raczej wyłącznie na szybki numerek i niemal równie szybką pięćdziesiątkę.

Piłem kolejne piwo i zastanawiałem się, ile bierze. Nie

wydawała się już tłusta, ale raczej puszysta.

Czułem się coraz gorzej. Wędrówka z plecakiem w tym upale

przegrzała mi trochę głowę. Alkohol dziwnie na mnie działał. Niby

nie byłem pijany, lecz miałem wrażenie, że nie dam rady ani wstać,

ani iść. Życie wokół barku toczyło się coraz senniej. Puszysta kelnerkobarmankoprostytutka

spoglądała jakby zachęcająco, a druga,

trochę starsza, chuda dziewczyna patrzyła na mnie podejrzliwie.

Sytuacja zrobiła się gęsta. Barmanka w fartuchu zniknęła, a ja zostałem

z dwiema panienkami i zalanym kolesiem śpiącym z głową

na stoliku. Chciałem odejść, ale nie mogłem się zebrać.

Panny były zmęczone. W końcu starsza rozpoczęła gadkę z potencjalnym

klientem, czyli ze mną. Wymieniliśmy kilka pierdół.

Przysiadły się obie. Poprosiłem o kolejkę. Młodsza wstała, nalała

trzy wódki i postawiła na stoliku. Wypiliśmy. Atmosfera zrobiła się

poufała i ciężka od pieprzonej możliwości. Choć całkowicie omijaliśmy

ten temat, to i tak miałem wrażenie, że każde wypowiadane

słowo jest o kurwieniu się. Przy trzeciej wódce, mimo że czułem się

przytomny, padłem plackiem na stół. I tak skończyły się kurewskie

przygody tamtego wieczoru.

Rano obudziłem się na czymś więcej niż na kacu. Pięć minut

wlokłem się pod prysznic. W brodziku zwinąłem się w kłębek i leżałem

tak, bojąc się poruszyć. Sapiąc z wysiłku, wstałem i wróciłem

do łóżka. Lał się ze mnie pot. Nie byłem głodny. Potrzebowałem

aspiryny. W szafkach jej nie znalazłem. W plecaku też nie. Docierało

do mnie, że utkwiłem tu na dobre. Poprzedniego wieczoru nie

urwał mi się film, więc nie spodziewałem się jakichś sensacji. Ale

po tym, jak padłem, można było ze mną zrobić wszystko. Od tej

myśli spociłem się jeszcze bardziej, gwałtownie wstałem i rzuciłem

się w stronę spodni, w kieszeni których miałem portfel. Świat zawirował,

stał się punktem i zniknął.

Leżałem na podłodze i czekałem, aż mgła nade mną ustąpi. Rozsadzało

mi czaszkę. Podpełzłem do spodni i upewniłem się, że nic

nie zginęło. Wypiłem szklankę wody i wróciłem na łóżko. Nie spałem

ani nie czuwałem, tkwiłem gdzieś pośrodku. Co pewien czas

musiałem ostrożnie czołgać się do kranu i wypijać szklankę wody.

Usłyszałem pukanie, jęknąłem „Proszę” i spojrzałem na zegarek.

Była siódma. Ubrana w fartuch barmanka o tikowatych ruchach

rażonej prądem żaby przyszła sprawdzić, czy żyję. Poprosiłem ją

o śniadanie, proszki od bólu głowy i coś do picia. Wróciła po pięciu

minutach, śmiejąc się ze mnie i z mojego, jak to nazywała,

kaca. Dostałem pyszne kanapki, wielki kubek herbaty z cytryną,

dwa kartony soku, małe piwo i listek proszków.

W nocy odwiedziła mnie pulchna kelnerkobarmanka. Powiedziałem

jej o słońcu i udarze. Zauważyłem, że ma bardzo żółte

zęby. Podziękowałem jej za odwiedziny i gdy wyszła, usnąłem.

Śniło mi się, że jestem płaszczem przeciwdeszczowym leżącym od

pięciuset czterdziestu trzech lat, dwóch miesięcy i ośmiu dni na

pustyni. Śniło mi się, że ja leżę, a ludzie, tysiące ludzi, mijają mnie,

obchodzą, patrząc na mnie ze wstrętem i jednocześnie z zaciekawieniem.

Obudziłem się późnym popołudniem i zapaliłem papierosa.

Czułem się znośnie, ale spodziewałem się, że to może być

tylko chwilowe i że w każdym momencie dopadnie mnie niemoc.

Zszedłem do baru. Znowu trafiłem na tę barmankę w fartuchu.

Wypiłem sok, zjadłem kanapkę i zamówiłem naleśniki z serem.

Wracałem do życia. Lekko kręciło mi się w głowie, schody sprawiły

mi nieco trudności, miałem trochę przyspieszony rytm serca

i kilka dodatkowych kropel potu, ale w sumie czułem się dobrze.

Za oknem nadal taki upał? – spytałem barmankę.

Tak. Wczoraj wieczorem spadł deszcz, ale już nie zostało po

nim śladu – odparła i wróciła do swoich zajęć.

Siedziałem rozparty w fotelu. Miałem przymknięte oczy i pewnie

przysypiałem. Gdy nadszedł wieczór, w barze zjawiło się kilku

klientów, a chwilę później – starsza prostytutka. Podeszła do mnie,

uśmiechnęła się, przywitała, odwróciła i zastukała obcasami w stronę

baru, kręcąc tyłkiem. Była zdecydowanie ładniejsza od tej pulchniutkiej,

ale też miała żółte zęby. Po chwili dotarło do mnie, że barmanka

również ma żółte, cholernie żółte zęby. Oblał mnie zimny

pot. Widziałem już różne uzębienie: białe, beżowe, szare, czarne,

przerzedzone, sztuczne, kremowe, nawet zielone i fioletowe, a raz

czerwone. Ale tu wszyscy mieli żółte. Żółte z prawdziwego zdarzenia.

Poszedłem do WC, żeby się wysikać i spojrzeć w lustro.

Wisiało nad umywalką. Duże, proste i czyste lustro bez żadnych

ozdobników. Bałem się. Miałem się dowiedzieć prawdy. Odchyliłem

wargi i spojrzałem cały zesztywniały. Nie były tak żółte jak

u tamtych dziewczyn, ale zżółkły. Z pewnością zżółkły. Wróciłem

do baru. Przyszła też druga dziewczyna. Uśmiechnęła się do mnie

żółtymi zębami i pomachała zalotnie ręką. Gadała z jakimś gościem,

lecz widocznie bez rezultatu, bo po chwili przysiadła się do

mnie, pytając, jak się czuję. Mówiłem coś i cały czas wpatrywałem

się jak zahipnotyzowany w jej pełne, kształtne i żółte uzębienie.

W końcu to zauważyła. Okazało się, że druga panienka jest jej

siostrą, a barmanka w fartuchu – ciotką i że wszyscy w jej rodzinie

mają żółte zęby. Skorzystałem z jej usług, a następnego dnia

wsiadłem do PKS-u i odjechałem. Czasami tylko marzę o żółtych

zębach tkwiących w tej prostej, dobrej i szczęśliwej kobiecie.

1998



Doktor Strangelove

Prolog

Doktor Strangelove nigdy nie lubił Nieśmiertelnego. Nieśmiertelny

był dla niego jak ość w gardle, jak but na odcisku, jak gówno

między palcami. Doktor Strangelove budził się i dostawał gęsiej

skórki, marzły mu stopy i obficie się pocił w okolicy pępka, bo

od razu myślał o tym kimś, czymś, co mogło żyć i żyć, i tylko

inny nieśmiertelny mógł to coś unieszkodliwić na amen. A gdy

zostanie tylko jeden nieśmiertelny, to nikt i nic mu nie zagrozi.

Istniała jeszcze jedna możliwość: w walce nieśmiertelni byli w stanie

jednocześnie ściąć sobie głowy, co bardzo ucieszyłoby doktora

Strangelove’a. Ale doktor Strangelove nie był głupi i nie liczył na

taki zbieg okoliczności. Zresztą z dobrze poinformowanych źródeł

wiedział, że pozostał już tylko jeden nieśmiertelny. To właśnie

ten Nieśmiertelny, przez którego doktor Strangelove tak obficie się

pocił w okolicy pępka. Dziwne było to, że sam pępek miał suchy.

Doktora to jednak nie dziwiło. Niespodzianki własnej fizjologii

tak mu spowszedniały, że nawet ich nie zauważał.

W każdym razie widmo Nieśmiertelnego krążyło zawsze w pobliżu

doktora Strangelove’a i nie dawało mu spokoju. Aż nadszedł

ten dzień, w którym postanowił ująć Nieśmiertelnego i coś z nim

zrobić. Nie wiedział co. Ale był przekonany, że gdy już go złapie

i spojrzy mu w oczy, rozwiązanie nasunie się samo.

Doktor Strangelove polował na Nieśmiertelnego trzy lata, lecz

go nie upolował. Poddawał się. Zrobił sobie wakacje, a po nich

przez siedemset osiemdziesiąt trzy dni próbował dorwać Nieśmiertelnego.

Siedemset osiemdziesiątego czwartego dnia od końca wakacji

poczuł się zmęczony. Nie mógł sobie poradzić z własną słabością,

niemocą i bezskutecznością. Przez trzy dni leżał nieruchomo

w łóżku. Czwartego dnia przyszedł do niego lekarz i doktor Strangelove

od razu wyczuł, że lekarz jest Nieśmiertelnym. Doktorowi

Strangelove’owi drżały paznokcie u stóp, ale nie dał żadnego

znaku, że wie. Przestał się pocić. Następnego dnia nieśmiertelny

lekarz siedział smutny w celi, paląc papierosa za papierosem. Doktor

Strangelove siedział zaś po wolnej stronie krat i uśmiechał się,

patrząc na Nieśmiertelnego. „Może palić tysiąc lat, trzy paczki

dziennie, mieć raka jak piłka futbolowa, a i tak nie umrze. Taki

to pożyje” – myślał. Zastanawiało go również, czy kiedy już Nieśmiertelny

będzie miał tego raka jak piłka futbolowa, to czy będzie

go bolało. Doszedł do wniosku, że nie. Że tak naprawdę to nieśmiertelny

nie może dostać raka, bo cóż to by była za nieśmiertelność,

gdyby leżał w szpitalu i zwijał się z bólu, nie mogąc umrzeć.

Byłaby to nieśmiertelność gówno warta. Doktor Strangelove zapalił

papierosa i zaciągnął się dwa razy, po czym odrzucił go ze

złością. Założył ręce z tyłu i zadumał się nad tym, co zamierza zrobić

z Nieśmiertelnym. Taki piękny i niespotykany okaz. W głowie

kiełkował mu misterny plan testów i sprawdzianów, dzięki którym

miał zamiar odkryć tajemnicę nieśmiertelności Nieśmiertelnego.

Oj, wycisnę ja z ciebie tę nieśmiertelność, wycisnę – powiedział

doktor Strangelove, odchodząc.

Udał się do swojego gabinetu, aby dopracować plany.

Doktor Strangelove obserwował, jak zespół chirurgów wycina

Nieśmiertelnemu serce. Po narkozie Nieśmiertelny obudził się

i choć krew w nim nie krążyła, on żył. Od tamtej pory zawsze

miał zimne stopy, szczególnie wtedy, gdy leżał. Tydzień później

pozbawiono Nieśmiertelnego mózgu wraz z rdzeniem przedłużonym.

Początkowo myślano, że Nieśmiertelny umarł, gdyż nie

reagował na bodźce. Po trzech dniach pojawił się jednak odruch

źreniczny. Po trzech tygodniach Nieśmiertelny prezentował prawidłowe

i normalne reakcje, aczkolwiek z pewnym nieznacznym,

lecz zauważalnym opóźnieniem. Doktor Strangelove słusznie wywnioskował

z tego, że dusza nieśmiertelnego steruje Nieśmiertelnym

oraz że sygnały z duszy dochodzą do ciała po kilku milisekundach.

To z kolei dowodziło hipotezy mówiącej, że przejście

sygnału między duchem a materią wymaga czasu. Ta hipoteza

była jeszcze jedną przesłanką potwierdzającą istnienie skończonej

prędkości, z jaką może przemieszczać się sygnał. Samo połączenie

ducha z materią zostało okryte cieniem tajemnicy, w której doktor

Strangelove postrzegał boga.

Po tej ciekawej ekstrakcji IQ Nieśmiertelnego obniżyło się ostatecznie

o osiem punktów.

Następnie wycięto Nieśmiertelnemu nerki, pęcherz moczowy,

wątrobę, przełyk, płuca, żołądek, jelito cienkie, grube, woreczek

żółciowy, trzustkę, kręgosłup, rdzeń kręgowy i jądra. Doktor Strangelove

zauważył, że życiowe funkcje przejawiają te części nieśmiertelnego

ciała Nieśmiertelnego, które są połączone z głową. Sama

głowa (bez mózgu) też żyje, co sprawdzono. Tułów bez głowy nie

żyje. Fakty te świadczą niezbicie, że dusza ma swoje miejsce w głowie.

Po oddzieleniu od głowy członki zaczynały gnić normalnym

trybem, ale po przyszyciu regenerowały się nawet wtedy, gdy wcześniej

rozkładały się przez sto czterdzieści dwa dni.

Nieśmiertelny odtwarzał wszystkie swoje organy, mimo że nic

nie jadł ani nie pił przez sto osiemnaście dni. Doktor Strangelove

doszedł do wniosku, że Nieśmiertelny to perpetuum mobile, i postanowił

go wykorzystać do produkcji przeszczepów na wielką skalę.

Mogłoby to zaowocować pokaźnymi wpływami finansowymi. Nieśmiertelny

nadawał się również do wytwarzania wysokobiałkowego

jedzenia. Ten pomysł wywołał oburzenie w pewnych kręgach, ale

oburzonych uciszono, zwłaszcza że pokarm miał być w głównej mierze

przeznaczony dla kotów. Nieśmiertelny dobrze się palił i ładnie

trzaskał podczas tego procesu. Po spaleniu ładniał w dwa tygodnie.

Nieśmiertelny był dobry w swojej nieśmiertelności. Doktor

Strangelove wstrzykiwał mu najprzeróżniejsze trucizny w dawkach,

którymi można by wybić wszystkich mieszkańców całkiem

dużego państwa. Nic to nie pomagało. Nieśmiertelny uparł się

i żył.

Na koniec doktor Strangelove się wkurwił i wysadził Nieśmiertelnego

bombą atomową, co zmieniło ten ewenement w rozproszone

po całej planecie nieśmiertelne atomy, jądra, neutrony, pozytrony,

elektrony i całą resztę elementarnego tałatajstwa. To było

coś. Obliczono, że przy sprzyjających wiatrach Nieśmiertelny odbuduje

się i spadnie na Ziemię za czterysta milionów lat.

Epilog

Atomówka, którą doktor Strangelove rozproszył Nieśmiertelnego,

została przywieziona na poligon naprędce i zdetonowana bez

należytego przygotowania. Doktorowi Strangelove’owi tak przypadł

do gustu pomysł z czterystoma milionami lat absencji w egzystencji

Nieśmiertelnego, że nakazał błyskawiczne przeprowadzenie

akcji, przez co wybuchła bomba studwudziestokrotnie silniejsza

niż hiroszimska. Podziemnego wybuchu dokonano w Nevadzie.

Zainicjował on trzęsienie ziemi w Kalifornii i okolicach, przez co

ten stan wraz z mieszkańcami właściwie przestał istnieć. Drgania

wywołały tsunami, które zmiotło na swojej drodze wszystko, co

leżało poniżej setnego metra nad dotychczasowym poziomem

morza. Żaden statek nie ocalał. Wielka fala zabiła setki milionów

ludzi oraz pozbawiła znaczną część ludzkości pożywienia i energii,

nie mówiąc już o tak nieistotnych sprawach, jak domy, telewizory,

odkurzacze czy samochody. Głód w kilka dni doprowadził do wybuchu

wojny, początkowo domowej w Chinach, która po upływie

niecałej doby ogarnęła właściwie całą Azję. W ruch poszły wszelkie

ocalałe arsenały. Rosja aktywnie uczestniczyła w ogólnoazjatyckim

bombardowaniu, lecz nie zadbała o paliwo ani żarcie, więc dzikie

hordy barbarzyńców na swoich atomowych grzybach zniszczyły

te resztki, które można było ocalić. Europa i Afryka, początkowo

ogłuszone rozmiarem nieszczęść, szybko doszły do siebie i przystąpiły

do walki o wszystko. Całkowite zniszczenie wschodniego

wybrzeża obu Ameryk nie pozbawiło jednak tych kontynentów

areału zbóż ani zapasów. Dotyczyło to szczególnie Stanów Zjednoczonych

i Kanady, przez co po tygodniu państwa te stały się

celem ataków ze strony każdego, kto tylko mógł atakować. Broni

wystarczyło na prawie miesięczną zabawę.

Koniec

sobota, 26 października 2024

Dwa opowiadania: "Krótka historia o tym, jak zabiłem swoją matkę" oraz "Kamea"

Kolejne dwa opowiadania: "Krótka historia o tym, jak zabiłem swoją matkę" oraz "Kamea"

Postanowiłem udostępnić moje opowiadania (pierwszą książkę). Jak komuś zależy na papierze albo ebooku to łatwo znajdzie. A jak nie zależy i ma ochotę przeczytać to w najbliższych tygodniach wrzucę wszystkie opowiadania ze zbioru: "Ja, mój wróg". Książkę wydałem w 2015 roku ale opowiadania sięgają początków mojego borykania się z pisaniem: część powstała w latach dziewięćdziesiątych (XX wieku dla precyzji).

Technikalia:

Projekt okładki: Krzysztof Krawiec

Redakcja: Alicja Bojko, www.ekorekta24.pl

Korekta: Składnica Literacka

Skład i łamanie: Krzysztof Szporak

© Copyright by Rafał Harer

ISBN 978-83-942113-0-1


Krótka historia o tym,

jak zabiłem swoją matkę


To było we wrześniu. W słoneczny, ciepły dzień. Matka siedziała

w pokoju i oglądała telewizję. Wpatrywała się w ekran, bez

ruchu, bez słowa, bez uśmiechu, bez łez. Cały ranek spędziła na robieniu

ruskich pierogów. Lubię ruskie pierogi. Rudy pies leżał na

trawie. Lubię patrzeć, jak leży na trawie. Czasami ulicą przejeżdżał

samochód, wzbijając obłoki kurzu. Nie padało od dwóch tygodni,

ale podobno nadciągały deszcze. Siostra wyjechała. Miała wrócić

za dwa dni. Siedziałem na schodach i patrzyłem na psa, który od

czasu do czasu podnosił łeb i patrzył na mnie. Wszedłem do domu

i patrzyłem na telewizor przez pół godziny, może dłużej. Wróciłem

na schody. Pies już nie leżał na trawie. Wcześniej zjedliśmy

obiad. Ruskie pierogi, które zabrały matce tak dużo czasu. Siedzieliśmy

we dwoje po przeciwnych stronach stołu. Matka spytała, co

u mnie słychać. Powiedziałem, że wszystko w porządku. Spytałem,

co u niej. Odparła, że u niej też wszystko w porządku. Spytałem,

czy pies ma się dobrze. Pies miał się dobrze. U matki bywałem

często. Co drugi dzień, czasem codziennie, niekiedy nocowałem.

Nadal na niebie nie było żadnej chmurki, lecz powietrze zrobiło się

cięższe. Pies przebiegł wzdłuż ogrodzenia w pogoni za wyimaginowanym

kotem. Zadzwoniła siostra. Po obiedzie matka pozmywała

i usiadła w fotelu przed telewizorem. Podkuliła nogi i patrzyła.

Było to na początku sierpnia. Było gorąco. Wróciłem z wakacji. Ojciec

dostał zawału, gdy wysiadał z samochodu, aby otworzyć bramę.

A ja siedziałem z matką w pokoju. Piliśmy herbatę. Opowiadałem jej

o wakacjach. Pies leżał pod stołem, dysząc z gorąca. Siostra niebawem

miała przyjść z pracy. Ojciec dogorywał przed furtką. Pies zawsze słyszał

podjeżdżający samochód i wybiegał na spotkanie. Tym razem nie usłyszał

był zdezorientowany z powodu mojego przyjazdu, upału i głośnej

rozmowy. Kiedy na chwilę zamilkliśmy, rzucił się do zamkniętych przed

upałem drzwi. Wybiegł, a my wyszliśmy za nim. Ojciec już nie żył.

To było w marcu. Kilkadziesiąt lat wcześniej. Ona miała osiemnaście

lat. On dwadzieścia jeden. Siedziała w kawiarni z koleżankami

ze szkoły. Przeżyli razem trzydzieści osiem lat.

Podczas pogrzebu nie padało i nie było już tak gorąco. Siostra

podtrzymywała matkę, która prawie cały czas miała zamknięte

oczy. Nie uroniła ani jednej łzy. Na cmentarzu stałem za nimi.

Matka nie zapłakała nawet wtedy, przed dołem. Stała. Bez ruchu.

Nie zemdlała. Nie szlochała. Nie krzyczała.

Gdy spuszczali trumnę, bałem się, że matka zacznie wyć, że rzuci się

za swoim mężem. Nie tak to miało wyglądać. Nie było burzy, nie dęły

trąby, nie spadła ani jedna kropla deszczu. Stałem sztywno za matką,

czekając na jakiś znak, który pozwoli mi objąć tę kobietę. Przyglądałem

się siostrze ojca. Zasuszonej kobiecie, po której policzkach ciekły łzy.

Miesiąc później wstałem ze schodów. Wziąłem pasek, kucnąłem

za fotelem, na którym siedziała matka, poczekałem kilka minut, rozejrzałem

się wokół tak, jak sobie zawsze wyobrażałem, że rozglądają

się skazańcy w drodze na egzekucję, i udusiłem ją. Nie broniła się.

Wziąłem ją na ręce, zaniosłem do sypialni i położyłem na łóżku. Była

taka lekka. Z garażu wziąłem siekierę i porąbałem wszystko w pokoju,

w którym udusiłem własną matkę. Stół, fotel, krzesła, szafkę,

szafę, telewizor, obraz, lustro. Nie krzyczałem. Zmęczyłem się, usiadłem

na pobojowisku i otarłem z twarzy pot. Później zadzwoniłem

na policję. Czekałem na ich przyjazd, wpatrując się w fotografię rodziców

sprzed lat. Spacerowali w lesie, a rudy pies biegał wokół nich.



Kamea

Na ścianie, jednej z czterech, wśród których przyszło mi się

obijać, wisi plakat. Sam go przylepiłem, ale nie wiem dlaczego.

Przedstawia panienkę z czasopisma z panienkami. Ładne nogi,

zgrabny brzuszek, duże, za duże piersi i równo przystrzyżony dywanik.

Wyraz jej twarzy bezbłędnie przekazuje to, co twarze panienek

z czasopism dla panów winny przekazywać. Tę minkę robiła

pewnie milion razy. Taki ma zawód i najwyraźniej wykonuje go

z poświęceniem. Zdarzało się już, że stojąc przed lustrem, próbowałem

naśladować ten układ ust i oczu, ale nie potrafiłem. Może

trzeba być kobietą? Jeżeli wierzyć podpisowi, dziewczyna ma na

imię Kamea. Na plakacie ma proste czarne włosy, dobrze współgrające

z resztą jej ciała. Jest ładna i nie sądzę, żeby ktokolwiek

myślał inaczej.

Pewnej sierpniowej nocy leżałem na podłodze w nieczęstej

chwili ciszy i spokoju. Mogłem umrzeć, gdyż niczego mi nie brakowało.

Nie istniał świat poza mną. Czasami tak jest. Spojrzałem

na Kameę i dotarło do mnie, że coś z nią nie było w porządku.

Wstałem i zacząłem się uważnie przyglądać plakatowi, lecz niczego

nie odkryłem. Stał się dla mnie zagadką. Ze zwykłej, ładnej panienki

coś wylazło i przestała być zwykłą, ładną panienką. Nie mogłem

jednak dopatrzyć się tego czegoś. Czułem, ale nie widziałem.

12

Zbadałem każdy centymetr kwadratowy papieru, każdy kawałeczek

namiastki jej ciała. I nic. Kładłem się spać, wiedząc o gościu

w moim domu. O kimś, o czymś, co było w moich czterech

ścianach, a nad czym nie miałem kontroli. Czymś, co wymykało

się mojej wiedzy. Usnąłem i śniła mi się Kamea. Robiła zdjęcia.

Była niewidzialna i pstrykała fotki ludziom przy ich codziennym

wykonywaniu życia. Cicho się przy tym śmiała. Bez ustanku, bez

wytchnienia. Klatka za klatką wypełniały się ujęciami twarzy, rąk,

ust, postaci, zatrzymanych czynności. Mogła wchodzić wszędzie

i wszystko fotografować.

Rano spojrzałem na nią z nadzieją, że zobaczę tylko panienkę

z czasopisma z panienkami. Ale nie. Coś w niej tkwiło, coś, co

zakłócało atmosferę w moim państwie. Zamykałem oczy i miałem

ją w swojej głowie. Wlazła tam i przyczepiła się. Zrosła się z moim

umysłem. Pasożytowała. Wyszedłem z domu, a jej cień kroczył tuż

za mną. Była ze mną wszędzie. Żaden mój krok, gest, spojrzenie

ani jęk nie stanowiły dla niej tajemnicy. Tkwiła za każdym rogiem,

pod każdą płytą chodnika, za biurkiem w fabryce papieru. Wszędzie.

Trwało to kilka dni. Byłem osaczony przez panienkę z plakatu.

Stałem się nerwowy i ludzie wokół mnie to zauważali. Paliłem

więcej i zupełnie bezwiednie wykonywałem jakieś niekontrolowane

ruchy, podrygi, skurcze. Zwróciła na to uwagę między innymi

Daria, znajoma z pracy. Zadawała mi pytania, a ja odpowiadałem.

I w ten sposób zaciągnęła mnie do łóżka. Na pierwszy rzut oka

Daria wyglądała jak ascetka. Jednak nic bardziej mylnego. Zostałem

wykorzystany, ale nie narzekałem. Kamea odpływała, oddalała

się. Ponownie stawała się tylko zdjęciem panienki, czyli tym, czym

być powinna.

Pewnego wieczoru, gdy leżeliśmy z Darią w łóżku, przyglądałem

się przytulonemu do mnie ciału. Mój nieświadomy niebezpieczeństwa

wzrok zatrzymał się na jej futerku. To było futerko Kamei.

Będąc z Darią, zawsze byłem z Kameą. Suka zastawiła cholerną

pułapkę. Wzięła mnie podstępem. Podeszła mnie, jak bym był

zwierzyną. To ponad moje siły. Głupio się tłumacząc, wyrwałem

się z domu Darii i pobiegłem do siebie. Rzuciłem się na plakat

i zerwałem go ze ściany. Miałem go tuż przed oczami. Chciałem

podrzeć ten kawałek papieru, ale w ten sposób przyznałbym się do

porażki. Cisnąłem go więc na podłogę. Wlepiłem w niego wzrok

i zrozumiałem, że Kamea patrzyła na mnie z ironią. To coś to była

ironia. Mało tego – ta dziewczyna miała nade mną władzę. Byłem

jej poddanym. Gdybym podarł plakat, nie dość, że przyznałbym

się do porażki, to jeszcze jej cień wisiałby nade mną przez całe

życie. Nigdy bym się od niego nie uwolnił. To oznaczałoby koniec.

Coś musiałem przedsięwziąć, coś, dzięki czemu ironia Kamei byłaby

bez znaczenia, a jej władza stałaby się moim panowaniem. To

mieszkanie to moje królestwo, moje państwo. Nie miałem zamiaru

odstąpić go nikomu, a szczególnie rozebranej panience z plakatu,

kurwie zarabiającej ładnym tyłkiem. Szmacie. Leżała na podłodze,

zmięta i upadła. Jej ironiczny uśmieszek nie zniknął. „Zetrę ci go

z mordy” – szepnąłem. Ironia z jej twarzy biła pełnym blaskiem.

Zdjąłem spodnie i majtki. Chciałem się na nią wysikać, ale nie

zdobyłem się na to. Zauważyła moje wahanie i uśmiechnęła się.

Miło. Poczułem błogość w sercu.

Od tamtej chwili zostaliśmy parą.


czwartek, 24 października 2024

Malec, czyli stworzenie (opowiadanie ze zbioru "Ja, mój wróg")

 Postanowiłem udostępnić moje opowiadania (pierwszą książkę). Jak komuś zależy na papierze albo ebooku to łatwo znajdzie. A jak nie zależy i ma ochotę przeczytać to w najbliższych tygodniach wrzucę wszystkie opowiadania ze zbioru: "Ja, mój wróg". Książkę wydałem w 2015 roku ale opowiadania sięgają początków mojego borykania się z pisaniem: część powstała w latach dziewięćdziesiątych (XX wieku dla precyzji).

Technikalia:

Projekt okładki: Krzysztof Krawiec

Redakcja: Alicja Bojko, www.ekorekta24.pl

Korekta: Składnica Literacka

Skład i łamanie: Krzysztof Szporak

© Copyright by Rafał Harer

ISBN 978-83-942113-0-1





Malec, czyli stworzenie

Co tam, Mały? Co słychać?

Wszystko gra.

Oderwij się na chwilę, odpocznij.

Nie chce mi się.

Trudne?

Nie za bardzo. Daję sobie radę.

Będziesz potrzebował pomocy? Jakichś wskazówek?

Nieee. Jeśli coś spieprzę, to po prostu zacznę od początku.

Dobra. Baw się dalej. Ja idę posiedzieć z resztą.

* * *

Jak tam, Mały?

Bawi się.

Jak mu idzie?

Chyba nieźle. Wciągnęło go jak jasna cholera. Oczu nie odrywa.

Coś tam manipuluje, zmienia, poprawia i tylko kręci nosem.

Coś mu się w jednym miejscu nie podoba, coś w innym, coś wrzuca,

dodaje, odejmuje. Ma zajęcie na kilka tygodni.

Wiesz, Heniu, ja go nie poznaję. Jeszcze niedawno, zdawałoby

się z tydzień temu, biegał w tę i z powrotem. Po prostu nie mógł

usiedzieć na miejscu. A teraz? Nieprawdopodobna przemiana.

Pamiętam, że gdy włóczyłem się całymi dniami, zamiast zajmować

się poważnymi sprawami, stary Stefan dał mi podobne zajęcie.

Kiedy skończyłem, byłem zupełnie odmieniony.

Taaak. Najciekawsze w tych zabawach jest to, że wszystko wymyka

się spod kontroli. Już się wydaje, że ma się frajerów w garści,

a oni znowu wymyślają coś innego. Chyba ty, Józek, skończyłeś

coś takiego?

A, tak. Pamiętam. Udało mi się. Ale ja przyjąłem dosyć ostre

kryteria interwencji i nie bawiłem się w żadne tam prawa fizyki czy

coś w tym stylu.

Jasne. Danie kostkom do gry chociaż odrobiny możliwości

wyboru utrudnia zabawę.

No, ale czyni ją fajniejszą.

Może to jednak mieć fatalny wpływ na rozwój dziecka. Przecież

Mały siedzi w tej pozycji bez ustanku. To jest trochę chorobliwe.

Przejdzie mu. Przecież wielu z nas przeżywało to samo.

Fakt.

Taaak. Ta gra się nie starzeje.

No dobra, wasze zdrowie.

Zdrowie.

A wiecie co? Przypomniałem sobie Franka, jak grał. Ten to

miotał przekleństwa. Rzucał mięsem na prawo i lewo. On zbudował

coś takiego jak Mały. Zupełnie podobne. Zawziął się, zamknął

w sobie i do nikogo się nie odzywał. Stworzył dwa kąty i chodził

od jednego do drugiego z taką miną, jakby miał rozszarpać wszystkich

napotkanych na drodze. Schudł, niektórzy mówią, że nawet

posiwiał, a przecież taki był wtedy z niego szczyl.

Ja też to pamiętam. Wszyscy musieli schodzić mu z drogi.

Każdy chodził na paluszkach.

No i skończyło się to raz, dwa, trzy.

Tak. Wkurzył się i pizgnął na planszę ognie piekielne, jak je

nazwał, czy coś takiego. A potem pchnął kostkę i zatopił wszystko,

łącznie z tym… Jak mu tam? No, ten w kącie planszy, trzy rzuty

kostką od ciemności i jasności.

Ararat.

Widzę, że wiesz, w czym rzecz.

Grywało się.

A potem wcisnął ją pod łóżko, gdzie leży do tej pory i tylko

się kurzy.

Dawno o niej zapomniał. Któregoś dnia ją znajdzie i wyrzuci

do kosza.

Panowie, przecież nie będziemy przez cały wieczór rozmawiali

o jakiejś grze. Dajcie spokój. Może kolejkę?

Tak. Ja chętnie.

Nalej wszystkim, oczywiście.

A ja pójdę sprawdzić, co u Małego. Martwię się o niego. Trochę

za bardzo się zaangażował.

* * *

I jak ci idzie, Mały?

Coraz lepiej. Już wiem, jak to wszystko załatwić. Coś mi kiełkuje

w łepetynie, ale nie umiem tego powiedzieć. Jak będę potrafił,

to dam znać. Coś trzeba zmienić. Niestety musiałem zakończyć

tamtą rozgrywkę. Wszystko szło po mojej myśli, gdy nagle – nie

uwierzy wujek – się rozpadło. Rozleciało. Po prostu rozlazło. Wkurza

mnie ta gra. Jest głupia i to, co się tworzy, też jest głupie jak

but, ale, do cholery…

Nie przeklinaj!

– …nie zasnę, dopóki tego nie rozwiążę.

A jak zakończyłeś poprzednią gierkę?

Klasycznie – potopem.

Tak, to dobra metoda.

Jasne. To proste. Gdy się stoi o tu, na tym polu, wystarczy

dobrze rzucić kostką i potop murowany. Ale trzeba zaczynać od

początku. Nie można zapisać gry w jakimś miejscu i wrócić do niej

po jakimś czasie?

Nie, nie da się jej zatrzymać.

Nie?

Nie. Przynajmniej w takim sensie, w jakim o to pytasz…

Co to znaczy, wujku?

Zobaczysz.

Żadnych podpowiedzi?

Żadnych. Żebyś widział Grześka, jak w to grał! Zabawa była

przednia. Plansza tyle razy lądowała na ścianie, że wszyscy tarzaliśmy

się ze śmiechu. Ten mały złośnik był tak na nas zły, że przez

tydzień się do nas nie odzywał. Ale w końcu to on wpadł na kilka

nowych pomysłów.

Jakich?

Nie powiem ci. Wszyscy przez to przechodziliśmy… prawie

wszyscy. Gienek to olał. Powiedział, że nie ma czasu na bzdury. Nie

ma czasu. Dasz wiarę? Cholernik…

Nie przeklinaj, wujku. Hi, hi.

Ty, młody, nie bądź taki cwany. Sam tworzy czas na potęgę,

niczym innym się chyba nie zajmuje, a na gry mu szkoda czasu.

No, ale Gienek to oryginał.

To ten od przestrzeni?

Niestety. To przez tego młokosa, który wziął się nie wiadomo

skąd i wszystko tak poważnie traktował. Gienek nauczył go

moresu. Tamten długo nie mógł się wyplątać. Ale były z nim jaja.

Przygłup nie odróżniał rzeczywistości od fikcji gry.

On też grał?

Grał. Dopiero Kryśka go uratowała.

Jak?

Poprosiła Gienka, żeby dał spokój, i Gienek dał. Kryśka ma

na niego duży wpływ.

A co to była za metoda?

Genialna w swojej prostocie. Gienek stworzył klatkę wokół

tego młokosa i młokos nie mógł się wydostać. Zaczął kombinować,

jak by się do nas przebić. Szybko znalazł sposób, ale się przeliczył,

bo w tym rozwiązaniu kryła się pułapka. Gienek mianowicie

zamknął go w klatce jednowymiarowej, będącej przestrzenią

zamkniętą i nieskończoną, czyli bez wyjścia. A ten wymyślił, że

jeśli doda kolejny wymiar, to się uwolni. Nie wiedział jednak, że

Gienek wokół tej klatki stworzył ciąg klatek, i w dodatku każdą

następną o trzy wymiary liczniejszą. No i gościu, zamiast się uwolnić,

znalazł się w klatce czterowymiarowej, a późnej siedmiowymiarowej

i tak dalej.

W nieskończoność?

Nie. To byłoby zbyt trywialne. Chłopak zaczął operować

w trzynastowymiarowej, a jego możliwości kończyły się na szesnastce.

Gdy przechodził do tej szesnastki – przynajmniej tak mu się

wydawało – okazało się, że jest w piątce.

Podstępne.

Co nie? Teraz chodzi z położonymi po sobie uszami i już się

nie rzuca jak nie wiadomo co. Tylko szesnaście wymiarów i ani

jednego wyjścia. To dopiero było dobre! Ile sobie ustawiłeś w grze?

Cztery.

Najtrudniejszy poziom. Wyzwanie. Prawdziwy hard. Powodzenia!

Dzięki. Zbliżam się do końca.

Załatw frajerów i daj sobie z tym spokój.

Okej.


piątek, 6 września 2024

Wieczorem ich nie było (opowiadania)

 

Wieczorem ich nie było

Pojawiały się. Wieczorem ich nie było, a rano były wszędzie. Na Antarktyce, w Himalajach, na Saharze. Wszędzie. Tysiące. Miliony. Tu, w okolicy, nie dalej niż spacer z psem, jest pięć. Mniejsze, jak dla krowy, i duże, bardzo duże, że autobus by się zmieścił. A dalej są jeszcze większe, pociąg by wjechał, stado słoni wmaszerowało, wieloryb wpłynął. Największe są w USA, w Rosji i w Chinach. I w Indiach też. Podobno w Pakistanie największa. Cała góra by się zmieściła. Mówili, ale nie pokazywali, że największa u nas. Że na lotnisku pod Rzeszowem, że wojsko otoczyło i nikomu postronnemu nie pozwolili zobaczyć. Z daleka trochę się błyszczą i widać, że jakby falują na powierzchni, ale tak łagodnie. I pachną przyjemnie. A że tyle ich jest, to teraz wszędzie miło pachnie. Kolory też mają ładne. Różowe, ceglane, są nawet błękitne i fioletowe. Z bliska widać, że otacza je jakaś taka wilgotna osnowa, jakby gęstą sieć jakimś żelem pokryć. Ale on jest dziwny. Niby żel, a nie da się zeskrobać nożem. Taka miękka i twarda jednocześnie powłoka. Wygląda to, jakby można było jak masło posiekać, a się nie da. Tak słyszałem. Chłopcy z okolicy dorwali jedną małą i chcieli robić doświadczenia na ostro, ale jedynie narzędzia poniszczyli. Pogłoski docierały – i to z wielu stron – że wojsko nie tylko strzelało z pistoletu, granatnika, ale też użyto nawet jakiejś przeciwpancernej broni i rakiet, które zatapiają statki. A one nic. Kurz, dym opadał, a one jak stały, tak stoją. A właściwie leżą. Z góry jak łeb krowy wyglądają.

Napisałem, że się pojawiły. Ale jak to: pojawiły? Przecież nie z powietrza się wzięły, tylko jakoś musiały być dotransportowane. Tyle że nikt tego nie widział. A tym, co mówią, że widzieli, to bezpieczniej nie wierzyć.

Mnóstwo teorii krążyło. Kilka zyskało pierwszeństwo.

Profesor Kamikuza stwierdził, że to nieznane organizmy żywe, które funkcjonują jak cykady. Trwają w uśpieniu, siedzą w zasuszeniu pod ziemią i raz na parę tysięcy lat godowo się wykopują. I że są na to dowody, a nawet że arka Noego to nic innego jak metafora, bo starożytni nie wiedzieli, jak opisać to, co widzieli, więc opisali, jak umieli i jak im się wydawało, bohatera dodali, po jednej parze i gołębicę. Łatwo im poszło, bo ten, co pisał, to przecież sam nie widział, tylko słyszał od tego, co słyszał od dziadka, któremu wujek coś tam naopowiadał po winie.

Profesor Wystrugatorre z Meksyku zarzeka się, że to kosmici, przybysze z odległych planet, lecz nie wiadomo, czy mamy do czynienia z inwazją, czy przyjacielskim przywitaniem. Wygląd taki przybrali, bo jakoś przez fale radiowe podsłuchali i wyciągnęli wnioski, że to dla każdego Ziemianina sama przyjemność, że każdy w niej siedział, bezpiecznie i z sentymentem wspomina, chociaż nie pamięta, ale gdzieś tam nieświadomie pamięta i nieświadomie wspomina. I tylko nie wiadomo, czy to pułapka, koń trojański i czeka ludzkość zagłada, czy może w środku ciepło i miło się siedzi w oczekiwaniu na spotkanie.

Tylko żeby w środku siedzieć, to trzeba tam wejść. Nie wydawało się to specjalnie trudne, chociaż w telewizji i radiu odradzali, żeby nie powiedzieć: zakazywali. Ale czego oni mogli zakazywać, jak tego tyle było, że wojska i policji nie wystarczyło? To oczywiste, że zaraz kilku śmiałków się znalazło i ruszyło do wejścia. A wejście raczej takie tradycyjne, więc oburzenie, że to żadni kosmici ani nieznane robaki głęboko w ziemi czekające na sprzyjające okoliczności, lecz artystyczny performance. Że niby artyści z całego świata się skrzyknęli w tajemnicy i te macice poustawiali wszędzie w imię walki i w celu nagłośnienia. Wielu wrzeszczało, że tak nie może być, że zakazać trzeba, zasłonić, żeby dzieci świństw nie oglądały, nie nasiąkały zboczoną propagandą. Nawet kółka się zbierały i szyły kotary, namioty, żeby bezeceństwo zasłonić. Większego sensu to dla mnie nie miało, bo trudno w tajemnicy miliony macic stworzyć, w nocy przetransportować, żeby nikt nie widział, i jeszcze tak je zbudować, żeby nikt nie wiedział jak. Szczególnie że one może i nie chodzą ani tym bardziej nie biegają, ale wyglądają na żywe zamiast sztuczne, z plastiku, a artyści może i zdolności obróbki kamieni czy plastiku mają, piękno i brzydotę ładnie potrafią zaprezentować, oburzenie na siebie ściągnąć też, ale jak świat długi i szeroki, nikt nigdy nie słyszał, żeby w swe rzeźby i performersy tchnęli życie.

Tak jak napisałem, wejście nie wydawało się trudne i śmiałkowie od razu zaczęli się pojawiać. Ci pierwsi mocno w zabezpieczenie zainwestowali, co poniekąd było słusznym kierunkiem, i głównie stroje nurkowe wkładali, całe komplety, tylko bez płetw. Wejście nie wydawało się trudne, bo wystarczyło podejść, jedne i drugie wargi rozchylić i wcisnąć się jak wiśnia w kisiel. I tak zaczęli eksplorować. Co który wszedł, to zaraz kontakt się z nim urywał. Czy na kablu miał łączność, czy krótkofalowo, czy przez telefon. Kontakt się urywał i można było tylko czekać. Ale niecierpliwość wkradała się w serca i zaraz kolejny śmiałek ładował się do środka, a niektórzy niby dla draki – a może bardziej dla dodania sobie odwagi – z głowy albo piąchy walili w clitoris, rechocząc przy tym lub nie. Kolejni ze strojów specjalnych rezygnowali. Jedni wchodzili tak jak stali, w dresach czy garniturach, inni do slipek się negliżowali, a jeszcze inni w kąpielówki przebrani brnęli do środka. Na początku to sami panowie, młodsi i starsi, ale nie minęło zbyt wiele czasu, jak pierwsze dziewczyny, nie chcąc pozostać w tyle, zaczęły do wejścia się pchać. Od razu komentarze popłynęły i śmieszki, lecz zaraz ucichły, bo repertuar się wyczerpał i kreatywność w temacie opadła, a powtarzać to samo dwadzieścia razy nawet komentującym i śmieszkującym się nie chciało.

Doktor Dickinhole, kaznodzieja z telewizji i ze stadionów, wyłuszczył swoją teorię, że to dzieło samego Najwyższego. Z początku się wahał, czy to przypadkiem nie jest twór samego Szatana, ale olśniło go, że wcale nie, że jednak wręcz przeciwnie. I że czasami trudno odróżnić jedno dzieło od drugiego, chyba że ma się takiego nosa do odróżniania jak on. Stwierdził, że postępuje koniec świata i Najwyższy zesłał teleporty do raju i piekła. I jak ktoś wejdzie, to go zaraz przeniesie w miejsce, na które zasłużył życiem babranym w grzechu lub życiem w czystości i oddaniu. Słowo kaznodziei podchwyciło wielu i przekaz rozlazł się po całym świecie. Ludzie setkami, tysiącami zaczęli się pchać do raju, wierząc w swoją czystość i oddanie lub czując skruchę oraz chęć pokuty i nadzieję, że skrucha oraz chęć pokuty wyprostują w oczach Najwyższego ich występne życie babrających się w grzechu. A inni niesieni słowami doktora pchali się do środka, aby pokazać, że to pic na wodę i Najwyższy nie macał w tym palców. Może i doktor Dickinhole sprzedawał pic na wodę, ale faktem było, że jak ktoś wszedł, to już nie wychodził. Co nie odstręczało innych od pchania się do środka i zaczęło interesować również mnie.

Słynny profesor od kosmosu – znany z paru uniwersytetów, a także siwej brody i siwej czupryny zaczerpniętych wprost z podręcznika do stylizacji szalonych naukowców – człowiek, którego wszyscy znali, ale którego nazwiska nikt nie pamiętał, albo sam wysnuł teorię, albo twórczo zaczerpnął ją z połączenia myśli profesora Wystrugatorrego i doktora Dickinhole’a, że to dar od kosmitów, schronienie dla nas przygotowane, bo nadciąga wielka katastrofa, meteoryt jak za dinozaurów lub coś równie widowiskowego. Jedyna szansa na przetrwanie to wcisnąć się do środka i czekać na sygnał do wyjścia, gdy niebezpieczeństwo minie. Sam zaraz brodę i czuprynę ugładził, w termosie kawę zrobił, kanapki w papier owinął, notatnik i książkę filozoficzną do torby włożył i wcisnął się, jakby miał dwadzieścia lat. Postawa i wierność własnemu autorytetowi z miejsca znalazły naśladowców na wszystkich kontynentach, bo profesor od kosmosu był na wszystkich kontynentach znany.

W sieci filmów z wejścia krążyło coraz więcej i już wejście żadnej sensacji nie wywoływało, bo ciągle ktoś wchodził, całe grupy, wycieczki. Cała klasa ze szkoły w Radomiu na wagary weszła, a za uczniami i dyrektorka na poszukiwania, i pół rady pedagogicznej, to i zaraz kolejna klasa się wcisnęła, wiernie podążając za swoimi nauczycielami. Nie minęło pół godziny, a rodzice się zbiegli i małżonki, choć z pewną nieśmiałością, zaczęły mężów wysyłać na poszukiwania dzieci. Sensacji z wejścia już nie było, ale perspektywa sławy ogólnoświatowej kusiła, więc nie tylko normalne, ale i coraz dziwniejsze wejścia rozsyłano po portalach. A to ktoś na koniu wjechał, a to ktoś masłem się wysmarował, a to pióropusz indiański założył, a to nago, a to w futrze, a to we dwóch, we trzech naraz. A to ktoś nagi, ale z karabinem i obietnicą, że jak tylko wejdzie, to będzie strzelał morse’em, żeby informacje przesyłać. Tylko ta sława ogólnoświatowa była coraz bardziej rozwodniona, a i nie było komu się w tej sławie pluskać. Bo jak ktoś wszedł, to już nie wyszedł. Co nie przeszkadzało innym wchodzić, wpełzać i się wciskać. Do niektórych, najpopularniejszych to kolejki się ustawiały dzień i noc, krok za krokiem, jeden człowiek za drugim.

A one nic. W ogóle się nie zmieniały.

Profesor Eryk Fromfrojd ze Szwecji przeprowadził analizę i zawyrokował, że taki pęd do wejścia to nie dość, że regresja, to jeszcze kompleks, spełnienie marzeń z niemowlęctwa i pragnienie rozpłynięcia się oraz zjednoczenia z najbardziej przyjaznym i pożądanym ciałem. Że matkę reprezentują, matkę ziemię, matkę kosmos, nieskończoną i potężną, którą można zarówno posiąść, stając się jej równym, więc urastając do kosmicznej potęgi, jak i jej ulec. Tym jednym wejściem dwa przeciwstawne pragnienia można zrealizować.

Inny profesor, od astrologii i wróżb karcianych, podchwycił tę myśl i rozwinął, że one to nie z kosmosu ani z ziemi, ale stworzyła je siła połączonych ludzkich umysłów pragnących wrócić do łona. I jakby ludzkość zamiast do łona wracać, innych rzeczy pragnęła, to mogłaby nie tylko do gwiazd podróżować, ale i szczęście dla wszystkich znaleźć.

Im więcej osób się wciskało, tym więcej problemów narastało po stronie przedwejściowej. Bo jak ktoś zniknął, to do pracy już nie chodził, kredytu nie spłacał, czynszu nie regulował, telewizorów nie kupował, śmiesznych filmów nie oglądał. Wciskał się, słuch o nim ginął i nie wiadomo, czy spadek już można dzielić albo w nowe związki pełne romantyzmu wstępować. Tym romantyzmem to spece od moralności się zainteresowali i dyskutowali namiętnie, czy takie wejście… no, może jednak bez wielkiego uczucia, ale jednak wejście… to niewierność, zdrada czy może jednak nie ten kaliber, że nie tylko bez uczucia i bez przyjemności, ale i bez opakowania.

Zdrada czy nie, ludzie wchodzili i z rana jakby mniej tłoczno się w windzie zrobiło. I w tej windzie patrzyliśmy na siebie w entuzjastycznej ekstazie, oczekiwaniu na wytęsknione w nocy ośmiogodzinne wyzwania i czasem, tak niby od niechcenia, w to powietrze skisłe oddechami nocnych trawień ktoś rzucał, że blondynka spod siedemnastki weszła i że z kotem, bo z kotem mieszkała, albo ten starzec, który na pohybel wnukom wciąż żył, spakował się do walizki, wziął stare kalesony, wyciągnięte dresy, koszule flanelowe i cuchnący serdak z owcy, wcisnął się, trochę niemrawo, trochę nieśmiało, ale jednak się wepchał i zostawił wnukom ten swój bajzel do podziału.

Nie tylko w windzie, ale i na ulicach pusto się jakoś robiło, z każdym dniem coraz puściej. Apele, przemowy, kazanie, nawet groźby nie przerywały kolejnych wejść. Tak sobie pomyślałem, że jak jakiś mąż się wcisnął i zostawił bałagan: pełną zmywarkę, niezmienione opony i raty za mikser, a zabrał psa i hasła do kont, to co takiej żonie pozostało? Wkładali najlepsze ciuchy, pakowali dzieciaki i wciskali się drogą już mocno przetartą. Niby wojsko miało pilnować. Pędzili łazikami od jednej do drugiej, nawet podobno pozwolenie dostali na strzelanie. Tylko że pęd do zagłębienia się wcale ich nie ominął. A z rządu ten, co najgłośniej krzyczał, że tak nie można, że to grzech i brak odpowiedzialności obywatelskiej, jednego dnia wrzeszczał, a drugiego z kochanką i walizką nie swoich, defraudacją i łapówkami znaczonych pieniędzy się wpakował. Pomyślałem, że waluta, jakakolwiek by była, może w środku mieć słabe zastosowanie, że lepsze byłyby diamenty i złoto, ale co ja wiem o polityce? Jak już świat obiegła wiadomość, że nie tylko arcybiskup, generał, ale też najbardziej znany piłkarz wpełzł ze swoim piosenkarzem, zostawiając na pastwę komentarzy zbyt operastycznie urodziwą żonę i córkę słodziutką, że z angielskiej rodziny królewskiej wkroczyła księżna w kapeluszu, sukni i naszyjnikach, to hamulce, te oficjalne i te całkiem prywatne, puściły zupełnie. Ludzie ładowali się tak jak stali, niby przypadkiem, niby pod wpływem chwili albo przygotowani, spakowani po spieniężeniu wszystkiego, co uzbierali przez całe swoje dotychczasowe życie.

A tu, po tej stronie, to się naprawdę dziwnie robiło. Korków nie było i w autobusach zawsze miejsce siedzące czekało. Tyle że autobusów jeździło coraz mniej, bo kierowcy włazili nawet częściej niż policjanci. Nieruchomości potaniały, a jedzenie zdrożało. Mieszkanie można było kupić za pełny koszyk sklepowy albo pierścionek zaręczynowy. Nawet pomyślałem, żeby skarby mamy, które mi zostawiła, gdy umierała – pierścionki i bransoletki, które do tej pory jakoś głupio było mi spieniężyć – zamienić na kilka domów z nadzieją, że jak ci wszyscy, co powłazili, zaczną wracać, to wzbogacę się bez litości. Ale zanim podjąłem decyzję, tak pusto się dookoła zrobiło, że nawet nie było od kogo kupić ani jak notariusza znaleźć. W naszej klatce na dwadzieścia dwa mieszkania zostało osiem osób, z czego trzy tak stare, że w ogóle za drzwi nie wychodziły i teraz głodowały, bo nie miał kto im jedzenia przynosić i gotować. Do pracy też już nie było sensu chodzić, bo ani kierownika, ani dyrektorów, ani komu sprzedawać, ani od kogo kupować. Wychodziłem do sklepów, ale one już dostawców i sprzedawców nie miały, więc stały otwarte i brało się to, co zostało i co się nadawało do spożycia.

Czasami chodziłem po mieście, wsiadałem w jakiś porzucony samochód i szarżowałem po ulicach, aż się kończyło paliwo. Albo wchodziłem do knajpy i gadałem do siebie, mieszając koniak z winem. Ale te najlepsze samochody i najlepsze trunki radości mi nie przynosiły. W telewizji nic nie było, szum tylko. Internet działał, ale wszystko takie nieaktualne.

W końcu zebrałem się w sobie, wszedłem dwa piętra wyżej i zapukałem do Zuzanny. Znałem ją z windy. Zuzanna otworzyła i słowa nawet nie musieliśmy zamieniać. Spakowała walizkę, buty eleganckie i sukienki na każdą okazję. Zeszliśmy do mnie, wrzuciłem do torby garnitur, dres, dżinsy i parę majtek na zmianę, i tę biżuterię mamy, i jednak trochę gotówki na wszelki wypadek. Poszliśmy. Daleko nie musieliśmy iść. Dwa skrzyżowania i stała – czy leżała – taka w sam raz, nie za duża, nie za mała. Objęliśmy się przed wejściem jak starzy przyjaciele i kochankowie. Widowni już żadnej nie mieliśmy. Dżentelmeńsko przepuściłem Zuzannę. Wcisnęła się. Zapaliłem, chociaż nie palę, i wepchałem się za nią.

Ciasnawo było, lekko wilgotno, pachnąco. Przeciskałem się, aż dotarłem do środka macicy. Myślałem, że ktoś tam będzie, a już na pewno Zuzanna, bo miała na mnie poczekać. Ale nikogo nie widziałem. Śladu żadnego. Chodziłem, węszyłem, zaglądałem, zakamarki eksplorowałem. A ta macica była większa w środku niż z zewnątrz. O wiele większa. I tak łaziłem w bladym świetle sączącym się ze ścian, ale nic nie znalazłem, nawet wyjścia, którym wszedłem.